“Sezon na Japońców otwarty”. Jak Amerykanie wzbudzali nienawiść do Japończyków

Gdy wybuchła wojna między USA i  Japonią, rząd amerykański obawiał się, że wola walki na wyspach i atolach Pacyfiku może przygasnąć wśród amerykańskich żołnierzy. Służba daleko od domu, w niesprzyjającym klimacie, w dodatku walcząc z odmiennym kulturowo i rasowo wrogiem mogła działać demoralizująco. W związku z tym rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową, mającą zmusić „amerykańskich chłopców” do nienawiści wobec Japończyków, by wzbudzić w nich wolę walki i żądzę krwi.


Machina ruszyła. Generałowie, politycy, prasa zaczęli prowadzić twardą kampanię. Japończyków przedstawiano jako „żółte małpy”, dzikusów niezdolnych do samodzielnego myślenia. Zwierzęta, które żyją na drzewach. Na plakatach pokazywano ich jak szczury, jak robactwo, które wpada w pułapkę i które należy wytępić. Premier Japonii, Hideki Tojo, wielokrotnie przybierał postać „brudnego żółtka”, zawsze w grubych okularach i o wielkich zębach, otrzymującego cios pięścią Wuja Sama. Bardzo popularna stała się przesycona rasizmem piosenka o wymownym tytule „We’re Gonna Have to Slap the Dirty Little Jap”.  Sklepikarze, niby dla żartu, wywieszali tabliczki „Sezon na Japońców otwarty”, a wśród żołnierzy i patriotycznych cywilów wielką popularnością cieszyły się „licencje na odstrzał żółtków” w postaci papierowych kart z głową Japończyka przybitą do ściany.

“Zabijaj Japsów”

Japończycy byli bowiem „źli” jako cały naród, co sukcesywnie pokazywano w propagandzie. Nie panowało tam rozróżnienie na „złego” Cesarza i resztę narodu. Inaczej niż Niemcy – w karykaturach i na plakatach pojawiał się tylko Adolf Hitler i jego paladyni, a nie naród niemiecki. Niemców uważano za ludzi równych Amerykanom. Jeden z żołnierzy, cytowanych przez Frances Larson, wspominał: „Żałowałem, że nie walczymy z Niemcami. Oni są ludźmi, tak jak my (…) A Japończycy to zwierzęta. W dżungli zachowują się tak, jak gdyby tam się urodzili, są jak niektóre dzikie bestie – możesz je zobaczyć dopiero, gdy są martwe”.

Znany korespondent wojenny, Ernie Pyle napisał: „Na Japończyków patrzono jak na odstręczających podludzi, w taki sam sposób, w jaki ludzie traktują myszy lub karaluchy.” Admirał William Halsey, niezwykle popularny dowódca Floty Południowego Pacyfiku, wprost mówił: „Zabijaj Japsów, zabijaj więcej Japsów”. Jego hasło umieszczono nawet na tablicy na wyspie Tulagi w 1943 r. W 1944 roku 13 % Amerykanów było zdania, że należy wymordować wszystkich Japończyków, a rok później 22 % uważało, że na Japonię powinno spaść znacznie więcej bomb atomowych. W 1943 roku w sondażu przeprowadzonym w amerykańskich siłach zbrojnych ponad 50 % żołnierzy stwierdziło, że jedyną drogą do pokoju jest eksterminacja całego narodu japońskiego.

Nisei i obozy internowania

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że większość amerykańskich żołnierzy była rasy białej, spory odsetek z nich zaś był pochodzenia niemieckiego i włoskiego. W związku z tym atakowanie mniejszości narodowych, podczas gdy spory procent ich przedstawicieli służył w amerykańskich siłach zbrojnych, było pomysłem wątpliwym w kontekście prowadzonej wojny.

Zaś Amerykanie pochodzenia japońskiego (znani jako „Nisei”) w miażdżącej większości nie zostali dopuszczeni do służby i zamknięto ich w obozach koncentracyjnych jako „internowanych”. Proceder ten miał miejsce głównie na Zachodnim Wybrzeżu USA i w jego wyniku zamknięto na okres czterech lat (1942-46) 120 tysięcy ludzi. Nisei służbę na froncie pełnił niewielki procent z nich, głównie w 442. pułku piechoty, której żołnierze pragnęli tak bardzo pokazać, że są Amerykanami i tak zaciekle walczyli z Niemcami we Włoszech, że otrzymali nazwę „Purple Heart Battalion” od ofiarności w walce i wysokości poniesionych strat.

Dopiero po wielu latach, w 1988 roku, rząd amerykański przeprosił Nisei za potraktowanie ich podczas wojny i wypłacił im odszkodowanie w wysokości 1,6 miliarda dolarów amerykańskich. Pokłosie amerykańskiej propagandy widać niejako i dzisiaj w literaturze poświęconej walkom na Pacyfiku. Na kartach książek wielu autorów – nierzadko cenionych historyków – Japończycy zostali przedstawieni jako bezduszna, bezosobowa masa kukieł, jako roboty, które były opętane tylko żądzą mordu i które należało unicestwić.

Koszmarne pamiątki

Wielką popularnością cieszyły się szczątki zabitych japońskich żołnierzy. Amerykańscy żołnierze tego rodzaju makabryczne „pamiątki” wysyłali do domu. Autorka książki „Historia świata przez ścięte głowy opisana” podaje, że na samych Marianach latem 1944 r. obcięto głowy 60 % poległych Japończyków. Amerykańska armia próbowała przeciwdziałać tego rodzaju praktykom, ale zakazy szły swoją drogą, a rzeczywistość swoją. Z czaszek poległych japońskich żołnierzy wyrabiano przyciski do papieru, popielniczki, kubki na ołówki, świeczniki. Ozdabiano też nimi okopy, a nawet czołgi – słynne jest zdjęcie spalonej głowy japońskiego żołnierza – nadal w hełmie – zatkniętej jako trofeum na wraku czołgu na Guadalcanal w 1942 roku.

Wypolerowane żebra z wyrytym napisem „Jedyny dobry Japoniec” sprzedawano jako pamiątki w USA. W 1944 roku znane na całym świecie stało się zdjęcie dla magazynu „Life”, gdzie młoda pracownica z fabryki w Phoenix spogląda na stojącą na jej biurku czaszkę. „Pamiątkę” przysłał jej narzeczony z walk na Nowej Gwinei. Co więcej, takie praktyki dotykały też wysokich szczebli – sam prezydent Franklin Delano Roosevelt otrzymał nóż do papieru, wykonany z kości ramienia poległego japońskiego pilota. Wręczający go prezydentowi generał przepraszał za tak skromne rozmiary „prezentu”. Zadowalano się także wydłubywaniem złotych zębów – scena ta została sportretowana w słynnym serialu „Pacyfik” – obcinaniem uszu, a także palców.

Zamiast podsumowania

Oczywistym jest, że Japończycy wielokrotnie podczas II WŚ dopuścili się okrutnych i haniebnych wyczynów. Mordowali jeńców i cywilów, rabowali, podpalali miasta, gwałcili, prowadzili straszne eksperymenty. Ale i Amerykanie mogli czuć się dzięki temu niewinni – w końcu bili „tych złych”. Na marginesie, należy wspomnieć, że większość naukowców japońskich z okrytej złą sławą Jednostki 731 dożyła swoich dni w spokoju i luksusie w USA, w tym jej dowódca – dr Shiro Ishii, który zmarł w 1959 roku jako szanowany naukowiec w Maryland.

Najwidoczniej krew i cierpienia jego ofiar nie były dla Amerykanów tak istotne jak jego wiedza i wyniki badań…
W filmie „Norymberga” jest świetna scena (podobno wzorowana na prawdziwej), w której butny amerykański oficer (jak się okazuje, żydowskiego pochodzenia) atakuje Goeringa (granego przez Briana Coxa) za Holocaust i ludobójstwo, porównując nazistów do szczurołapów, a Żydów do szczurów. Niewzruszony tym Goering spokojnie nabija fajkę i pyta: „Czym była Hiroszima? Czyż nie był to wasz eksperyment medyczny? (…) A co z milionami Amerykanów japońskiego pochodzenia? Czyż nie zamknęliście ich w swoich własnych obozach koncentracyjnych? I czemu nie zrobiono tego wobec Amerykanów niemieckiego i włoskiego pochodzenia? A co z czarnoskórymi oficerami w Waszej armii? Czy mogą oni dowodzić w boju? Czy mogą siedzieć w tych samych busach, co biali?”. Myślę, że będzie to najlepszy komentarz do niniejszego tekstu.


Czytaj także: Jednostka 731. Makabryczne eksperymenty na ludziach

amerykańska propaganda

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.