“Potem bałam się każdego”. Przejmujące wspomnienia kobiety ocalałej z rzezi wołyńskiej

“Potem nas chcieli wymordować. Jakaś staruszka prosiła ich i tłumaczyła, że jak już te dzieci rodziców nie mają, to przynajmniej niech same jakoś tam żyją”.  Relacja Marii Szweryn, jednej z sześciorga sierot ocalałych w czasie rzezi w Ziemnicy, powiat Włodzimierz. rzeź wołyńksa


W hołdzie ofiarom rzezi wołyńskiej, z szacunkiem i wdzięcznością dla tych, którzy ranę i pamięć tragedii nosili w sobie przez wszystkie lata zapomnienia – Redakcja. 

ŁAPANKI ODBYWAŁY SIĘ TAK: albo jak ludzie szli spać, pod wieczór, albo raniutko, jak ludzie wychodzili z kryjówek. I myśmy już w domu właśnie nie nocowali, tylko gdzieś daleko w jakiejś stodole, a rodzice wstali wcześnie do obrządku gospodarstwa. I wtedy był ten napad Ukraińców – myśmy tam spali; czekaliśmy, aż rodzice przyjdą po nas na śniadanie, w sianie siedzieliśmy, tak, w sianie gdzieś tam w stodole na polu wybudowanej.

Tam przecież większość ludzi uciekała, a ojciec i matka, i teściowa zginęli, bo babcia nie chciała stamtąd odejść. Matka była jedynaczką, to była wieś Ziemnica, powiat Włodzimierz Wołyński. Pamiętam, że to był 29 sierpnia 1943 roku. Tak jak mówiłam, rodzice po nas przychodzili, żeby przyprowadzić nas na śniadanie. No i tego dnia nikogo nie było – nie było, dlatego zaczęliśmy iść w stronę domu.

Jakżeśmy przyszli, to zobaczyliśmy wszystko pootwierane. Przy studni, tak kawałek od mieszkania, był świeżo wykopany grób i sukienka mamy stamtąd wyglądała. I ja zaczęłam ponoć – tak mówiła mi najstarsza siostra – ciągnąć tę sukienkę. Tylko że ja, pamiętam, byłam strasznie głodna i czekałam, aż mama przyjdzie i da nam jeść. I to było wtedy dla mnie najważniejsze. Potem – nie wiem, jak to się stało, bo nie ma żadnego zapisu, a z nas nikt nie pamięta – ktoś tam się nami zaopiekował. Taka starsza pani, która też nie chciała opuścić swoich włości. To było gdzieś w lesie. Co miała, to przygotowywała nam do jedzenia.

Razu pewnego już nic nie mieliśmy, chodziliśmy po tych opuszczonych domach, żeby coś zdobyć, żeby ta kobieta mogła nam coś zrobić. I kiedyś wybraliśmy się z rodzeństwem do naszego domu – pomyśleliśmy, że tam przecież coś zostało. I pamiętam, że to prawdopodobnie z naszego domu zrobili sobie twierdzę ci Ukraińcy. I jeden zobaczył, że idzie taka garstka dzieci. Wyleciał, ale nie dobiegł do nas, zrezygnował i myśmy z piskiem i wrzaskiem wrócili. Potem w nocy ktoś przyjechał po nas. Według tej relacji, którą ten pan podał do książki pani Ewy Siemaszko, byli to żołnierze AK, którzy nas w ten sposób przetransportowali przez Bug, do Dubieńki. No i stamtąd nas pozabierali ludzie.

Najstarsza siostra poszła do stryja, bo część rodzeństwa ojca wcześniej wyemigrowała z tamtych stron. Do Hrubieszowa, do Dubieńki. Ja zostałam zabrana do takiego miasteczka pod nazwą Chełm, około 60 kilometrów od Dubieńki, i ksiądz ogłosił w tym Chełmie, że zostało nas sześć sierot i że kto chce, mógłby sobie któreś wziąć. Moją siostrę bliźniaczą w Dubieńce zaraz zabrała taka pani. Mnie też wzięła jedna z pań, ale ja się po prostu ludzi bałam i uciekałam.


Czytaj także:Wrzucali żywe dzieci do ognia, z satysfakcją patrzyli jak umierają. Wstrząsające opisy ukraińskich zbrodni rzeź wołyńksa

rzeź wołyńska


A moja bliźniacza siostra była wesoła w ogóle, beztroska – jak ją złapałam na ulicy, mówiła: „pobaw się ze mną”. Ona już miała swoje towarzystwo, a ja tam była tak na boku. Ale to nie o to chodzi. No i przyjechali ci państwo z Chełma i mieli do wyboru mnie albo moją siostrę bliźniaczą. No i wybrali mnie. Dwóch braci bliźniaków też było, to nimi zaopiekowała się siostra ojca. Najmłodszą siostrę też tacy państwo wzięli, którzy byli w Dubieńce w tym czasie, a byli też z tamtych stron. Wiem od najmłodszej siostry, że znali naszych rodziców i byli to bardzo bogaci ludzie. No i tak się znalazłam w Chełmie. To małżeństwo nie miało dzieci, musieli mi dać swoje nazwisko z racji tego, że w pobliżu był obóz jeniecki, a ja nie miałam dokumentów. I w razie jakiejkolwiek łapanki wzięliby mnie za Żydówkę. Ale w 1991 roku powróciłam do swojego nazwiska rodowego. I tak to się potoczyły moje losy.

ZAPIS ROZMOWY

Anna Lisiecka, Program 2. Polskiego Radia: Kiedy się pani dowiedziała, jak się naprawdę nazywa? Nazwisko Kunc?

Kunc. Ale to jest dziwne, bo nie wiem, czy pani zauważyła na podpisie mojego ojca na zdjęciu: tam jest „z” na końcu. Prawdopodobnie ta cała rodzina Kunców z Holandii pochodziła. Któryś ze stryjów mojemu szwagrowi tak powiedział – że oni się wywodzili z Holandii. Bo tam, na tych ziemiach, było dużo przesiedleńców. Czesi, Ukraińcy i Żydzi, Polacy i Niemcy, no różne nacje były. Tak, bo Wołyń był bogaty w urodzajne ziemie przede wszystkim.

Teraz, całkiem niedawno, dowiedziała się pani, że ojciec też do AK należał.

Tak, z tego wypisu, który tu pani czytała. Z tego wypisu jego kolega, pseudonim „Cios”, podał do książki własnoręczny opis tej całej tragedii, czyli jak ojciec został zamordowany. Miał związane drutem kolczastym nogi, ręce i wleczony był przez konie, aż do uśmiercenia.

Okropne to, nie da się tego czytać, zresztą wiele książek mam o Wołyniu i nie da się ich czytać. To jest wstrząsające, co oni tam wyprawiali. Ale tyle lat nie mówiło się nic o tej tragedii. Nic, nikt. Ja od razu wiedziałam, że to nie jest moje nazwisko, gdzieś miałam akt urodzenia mojej siostry bliźniaczej – i tam było napisane, że ona jest Krystyna Franciszka. Nie mój akt urodzenia, tylko jej – widocznie jakoś przeniknął do tych moich rodziców przybranych. Jak ci rodzice przybrani mnie wzięli, to ja nic nie mówiłam, bo ja się ludzi bałam. Jak mama chciała mi coś kupić – bo przecież sklepów aż takich nie było, tylko na ulicy ktoś coś sprzedawał, jakąś sukienkę, co parę kroków coś było – to mówiła: „Chodź córka, podejdziemy i przymierzymy”. To ja, jak widziałam, że ona z kimś idzie, uciekałam. Czułam strach przed obcymi. Nie rozmawiałam też, i to bardzo długo, z moją przybraną chrzestną matką, która właściwie była świadkiem do spisania tego dokumentu – aktu urodzenia. Uciekła z powstania warszawskiego z dziećmi i przychodziła tu po mleko, do tych rodziców przybranych. I ona ze mną zaczęła rozmawiać, tak ostrożnie, jakby dozowała lekarstwo. A matka, ta przybrana, mówiła o mnie: „No przecież ona chyba jest nienormalna, ona w ogóle nic nie mówi, bo jak zapytam się «chcesz jeść?», to tylko kiwa głową”.

Ja byłam tak wylękniona, tak się bałam ludzi, że myślałam, że jak ktoś przyjdzie, to zechce mnie stąd zabrać, a mnie tu dobrze było, bo miałam co jeść. A dlaczego? Jeszcze zanim byliśmy przetransportowani przez Bug przez żołnierzy AK, to kiedyś nas dorwali Ukraińcy i cały dzień trzymali na dworze, bo tak od chałupy do chałupy na wozy grabili to, co ludzie zostawiali. I myśmy tak siedzieli do wieczora. Potem nas chcieli wymordować. Jakaś staruszka prosiła ich i tłumaczyła, że jak już te dzieci rodziców nie mają, to przynajmniej niech same jakoś tam żyją, przecież ludzie jakoś się zaopiekują i jakoś tam sobie przeżyją. Prosiła, żeby chociaż jedną zapałkę dali, żeby zapaliła i mogła zagrzać jakąś ciepłą wodę. Najmłodszą siostrę trzymała na kolanach ta najstarsza. Ja była z jednym bratem, a siostra bliźniacza trzymała drugiego bliźniaka – no i zostawili nas. No ale to mi się tak utrwaliło, że ja uciekałam od ludzi, bałam się ich. rzeź wołyńska

Czy te więzi rodzinne udało się jakoś potem nawiązać, rodzinę scalić?

Z siostrą bliźniaczą, która jest w Łodzi, i z siostrą najstarszą, w Krakowie, tak. Z najmłodszą siostrą dopiero po 25 latach.


Więcej relacji świadków zbrodni wołyńskiej znajdziesz w książce “Wołyń. Bez komentarza”. Książkę można kupić na tej STRONIE.

Komentarze

REDAKCJA

Co Za Historia - nowoczesny portal historyczny. Udowadniamy, że przeszłość jest ciekawa!

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.