Dziennikarz, który prawie zabił Stalina. Historia zamachów na dyktatora ZSRR

Józef Stalin bardzo dbał o swoje bezpieczeństwo: korzystał z sobowtórów i zawsze jeździł w kolumnie identycznych aut. Mimo to obce wywiady i zdesperowani obywatele podjęli kilka śmiałych prób jego zabicia.


Zbliżał się zmierzch, gdy major Piotr Tawrin i jego żona Sonia opuszczali swoją kryjówkę. Uruchomili pozostawiony nieopodal motocykl i ruszyli w dalszą drogę. Para zmierzała w kierunku Moskwy, aby odmienić losy toczącej się wojny. Wszystko przebiegało dobrze do momentu, gdy Tawrin trafił na pierwszy punkt kontroli drogowej. Rezolutny major pospieszał strażników, tłumacząc, że jeździł całą noc i jest już zmęczony. To go zgubiło. W nocy padały ulewne deszcze, a jego motocykl był czysty. Był 17 września 1944 r. Tawrin został zdemaskowany po 11 dniach przebywania na terytorium Związku Radzieckiego.

W rzeczywistości nazywał się Piotr Szyło i był radzieckim jeńcem współpracującym z wywiadem III Rzeszy. Zwerbowano go w ramach tajnego projektu „Szach czerwonemu królowi”, mającego na celu zamordowanie Stalina. W ekwipunku Tawrina znajdowały się podrobione dokumenty i wysokie odznaczenia wojskowe. Niemieccy lekarze nacięli dodatkowo głębokie blizny na jego ciele, aby wyglądał na okaleczonego w walce. Chodziło o to, aby Sowieci uznali go za bohatera wracającego z frontu.

Bronią, którą niedoszły zamachowiec zamierzał zabić radzieckiego przywódcę był miniaturowy pancerfaust, mogący – zdaniem jego konstruktorów – przebić kilkucentymetrowy pancerz z odległości 30 m. Tawrin miał zaatakować Stalina w sobotę podczas jego przejazdu z Moskwy do osobistej daczy w Kuncewie. Operacja została dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, ale organizatorzy nie wiedzieli o pewnym fakcie, który przesądzał o jej powodzeniu. Spod kremlowskiej siedziby wodza wyjeżdżały zawsze minimum dwa identyczne samochody z przyciemnianymi szybami, a w jednym z nich znajdował się sobowtór Stalina. Aby niemiecki atak miał zatem większe  szanse powodzenia, musiała wziąć w nim udział cała grupa sabotażystów z pancerfaustami. Problem polegał też na tym, że Tawrin kontaktował się wcześniej z „wrogiem ludu” gen. Andriejem Własowem, ściągając na siebie uwagę radzieckiego kontrwywiadu. Gdy wylądował w ZSRR, na Kremlu już wiedziano, że wkrótce przybędzie dwójka dywersantów.

Szaleństwo Ribbentropa

Możliwości zabicia Stalina malały naturalnie wraz z umacnianiem się jego władzy. Najłatwiej było tego dokonać w latach 20., gdy nie istniał jeszcze rozbudowany system ochrony członków partii, znacznie trudniej w czasie wojny, gdy nad bezpieczeństwem wodza czuwał już cały sztab przeszkolonych agentów. Niemcy wybrali najgorszy z możliwych momentów.

Dyktator zawsze jeździł opancerzonymi pojazdami/Fot. Wikimedia Commons

Zanim doszło do realizacji misji Tawrina, szef niemieckiej dyplomacji Joachim von Ribbentrop rozważał jeszcze inny, znacznie śmielszy atak. W 1943 r. zaproponował Hitlerowi, że zwabi Stalina na konferencję pokojową i zastrzeli go przy użyciu specjalnego pistoletu-długopisu. Pomimo wielkich oczekiwań pomysłodawcy, Führer od razu odrzucił jego pomysł, wyjaśniając, że takiej akcji nie da się przeprowadzić w pojedynkę. Słaby punkt planu Ribbentropa tkwił jednak zupełnie gdzie indziej: w tym czasie Stalin nie miał żadnego interesu w tym, aby spotkać się z niemieckim ministrem. Bieg wojny wyraźnie odwrócił się na jego korzyść i nie zamierzał spocząć, dopóki nie wkroczy triumfalnie do Berlina.

Podczas konfliktu radziecko-niemieckiego jedyna okazja do zabicia Stalina na spotkaniu dyplomatycznym nadarzyła się pod koniec czerwca 1941 r. Kilka dni po hitlerowskiej inwazji przywódca ZSRR rozważał zawieszenie broni w zamian za odstąpienie wrogowi Ukrainy i Kaukazu. Niemcy mogli wtedy przygotować zasadzkę, stawiając mu ultimatum, że na rozmowy w tej sprawie musi przybyć osobiście. Jednakże Hitler nie miał wówczas powodu, aby likwidować swojego głównego przeciwnika. Zakładał, że podbije ZSRR przed nadejściem zimy i jeśli do tego czasu Stalin nie popełni samobójstwa, to i tak wpadnie w ręce niemieckich żołnierzy. Należy również pamiętać, że zamach w wykonaniu Ribbentropa rozwiałby wszelkie nadzieje części niemieckich polityków, którzy łudzili się, że po pokonaniu Kraju Rad usiądą do negocjacji z zachodnimi aliantami.

Fałszywi przyjaciele

O ile atak z zewnątrz był trudny do przygotowania, o tyle Stalin z łatwością mógł paść ofiarą wewnętrznej intrygi. Każdy z aparatczyków miał osobisty powód, żeby się go pozbyć. Po śmierci wodza Nikita Chruszczow i Ławrientij Beria mogli sięgnąć po pełnię władzy. Dla Wiaczesława Mołotowa motywem było natomiast wysłanie do łagru jego żony Poliny. Stalin szczerze jej nie lubił i nie zamierzał zmieniać swojej decyzji pomimo licznych próśb swojego ministra. Spisek polityczny wymagał jednak współpracy kilku osób, podczas gdy radzieccy dygnitarze nie darzyli się wzajemnym zaufaniem.

ADAM GAAFAR

Redaktor naczelny portalu Co Za Historia. Interesuje się dziejami propagandy politycznej oraz historią II wojny światowej. Publikował m.in. w Focusie Historia, Wirtualnej Polsce i tygodniku Wprost.

2 Comments

  • ‘by niemiecki atak miał zatem jakiekolwiek szanse, musiała wziąć w nim udział cała grupa sabotażystów z pancerfaustami’ – zwiększenie celu z jednego na potencjalnie dwa jaki ma wpływ na sens tej wypowiedzi? Jeden samochód som szanse, dwa to już nie?

    • Rozumiemy, co ma Pan/Pani na myśli, ale… już samo pojawienie się zamachowca na trasie przejazdu wymagało niebywałego szczęścia. Nie wiadomo czy spiskowiec zdążyłby nawet odpalić pancerfausta i czy pocisk rzeczywiście przebiłby pancerz pojazdu. Aby zamach się udał potrzeba było zatem kilku zamachowców – i to nie tylko dlatego, że były dwa samochody, ale też dlatego, że aby zwiększyć powodzenie operacji należało oddać kilka strzałów zanim NKWD wykryje kierunek strzału (to była w zasadzie akcja samobójcza). Przeredagowaliśmy nieco to zdanie, aby nie było już wątpliwości 🙂 Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.