Ostatni wielki desant niemieckich spadochroniarzy

Od czasu walk na Krecie, gdzie wskutek dramatycznych błędów wywiadu i koordynacji sił oraz zaciętego oporu niemieccy spadochroniarze ponieśli ciężkie straty, wojska spadochronowe III Rzeszy nie brały już udziału w operacjach powietrzno-desantowych. Zakaz wydał osobiście Adolf Hitler, przerażony wysokością strat (utracono blisko 5900 ludzi i 284 samoloty). Od tamtej pory elitarni spadochroniarze brali udział w walkach jako “Stoppelhoppser” – zwykła piechota. Zmieniło się to tylko jeden raz – ostatni, w grudniu 1944 roku.


8 grudnia 1944 roku, zaledwie osiem dni przed rozpoczęciem ”Wacht am Rhein”, wypłynął pomysł zrzucenia na amerykańskich tyłach tysiąca spadochroniarzy, którzy mieli odciąć front od napływających posiłków z północy, dopóki 6. Armia Pancerna SS, dowodzona przez Josefa Dietricha, nie osłoni swojej flanki w ramach operacji ”Stösser” (”Krogulec”). Jedyną drogą, którą Amerykanie mogli wysyłać oddziały, była droga, biegnąca przez Hohes Venn, w rejonie Monschau. Żeby spadochroniarze nie musieli długo stawiać oporu Amerykanom, do ich wsparcia miała ruszyć grupa bojowa, wyposażona w niszczyciele czołgów ”Jagdtiger”.

Pomysł był rozwinięciem idei marszałka Walthera Modela, dowodzącego ofensywą w Ardenach, a zaakceptował go Führer i dał zielone światło. Podchwycił go generał Kurt Student, nazywany “ojcem niemieckich wojsk spadochronowych” i przedstawił kandydaturę na dowódcę. Tym miał zostać pułkownik Friedrich August von der Heydte.

Trudne zadanie

Była to ciekawa postać. Pułkownik pochodził ze starego, arystokratycznego rodu z Bawarii, przed wojną ukończył wydział prawa uniwersytetu w Berlinie. Studiował też w Paryżu i Wiedniu. Nie był nazistą i nie robił z tego zbytniej tajemnicy. W 1935 roku wrócił do Niemiec i trafił do jednostek kawalerii. W 1941 roku brał udział jako dowódca batalionu w lądowaniu na Krecie. Później dowodził całym pułkiem spadochronowym i był uwielbiany do szaleństwa przez swoich żołnierzy.

Pułkownik von der Heydte. Fot. Bundesarchiv, Bild 183-H26044 / Unknown / CC-BY-SA 3.0

Von der Heydte zdawał sobie doskonale sprawę, że ma mało czasu, a musi stworzyć jednostkę od podstaw w sile co najmniej batalionu. Z miejsca dostał 250 żołnierzy – byli to jego podkomendni z 6. Fallschirmjäger-Regiment, którzy na ochotnika poszli za swoim dowódcą. Resztę należało dokooptować z innych jednostek. Dowódcy jednostek FJ nie chcieli jednak oddawać pod komendę von der Heydte’a swoich najlepszych żołnierzy, w zamian za to dostarczali żółtodziobów.

Większość z nich nigdy nie skakała ze spadochronem, zaś sam pułkownik wspominał, że na pięć dni przed rozpoczęciem operacji żołnierze uczyli się tak podstawowych rzeczy, jak zachowanie pod ostrzałem. Tak samo źle było w przypadku pilotów samolotów transportowych Ju-52, którzy w większości byli albo świeżymi absolwentami szkół lotniczych, albo ciągle się w nich uczyli. Poza dowódcą formacji, czyli majorem Erichem Erdmannem, żaden z pilotów nie uczestniczył w lotach bojowych.
Co gorsza, wydawało się, że nikt nie ma pojęcia, co zrobić ze spadochroniarzami. Nikt nie chciał im dać zakwaterowania bez upoważnienia, a tego nie było skąd otrzymać. Panował straszny chaos, a co gorsza, “bezpańskimi” spadochroniarzami zainteresowało się wojskowe biuro śledcze, pytając o powody opóźnienia.

Zarys planów operacji

Von der Heydte’a odsyłano od drzwi do drzwi. Dowodzący niemieckimi siłami powietrznymi na zachodzie (Luftwaffenkommando West) gen. Josef Schmid był bardziej niż pułkownikiem zainteresowany butelką brandy przed nim i odesłał go do dowódcy II. Jagdkorps, gen. Dietricha Peltza, ale i ten nie wiedział nic o zrzucie spadochroniarzy. Zniecierpliwiony von der Heydte udał się osobiście do marszałka Modela i zapytał o wytyczne.

Dopiero wówczas, 14 grudnia, pułkownik poznał cel operacji i mógł skonsultować się ze zwierzchnikiem. Tutaj natrafiono na mur nie do przebicia – grupa von der Heydte’a została podporządkowana 6. Armii Pancernej SS generała SS, Josefa Dietricha. Nie było tajemnicą, że von der Heydte i Dietrich nienawidzili się wzajemnie – byli skrajnie odmiennymi ludźmi. Von der Heydte pochodził bowiem z arystokratycznej rodziny o głębokich tradycjach katolickich, był zdolnym i twardym oficerem, Dietrich zaś był typowym nazistą, pochodzącym z rodziny chłopskiej, o przeciętnych zdolnościach dowódczych.

Dietrich torpedował każdy z pomysłów pułkownika, począwszy od zrzutu w dzień (von der Heydte był świadomy, że zrzut w nocy spowoduje gigantyczne rozproszenie spadochroniarzy), poprzez odmowę dostarczenia gołębi pocztowych (na wypadek, gdyby coś stało się z radiostacjami, pułkownik był pomny doświadczeń z Krety), a kończąc na zbywaniu każdych uwag uspokajaniem, że po paru godzinach do skrzyżowania dotrą Jagdtigery. Spadochroniarze mieli się utrzymać przez 48 godzin, jak chciał sztab Dietricha.

Przygotowania

Mimo to, w 48 godzin (głównie dzięki zaangażowaniu i energiczności von der Heydte’a sformowano grupę bojową złożoną z 1200 ludzi, w której skład wchodziły: 4 kompanie spadochronowe, kompania wsparcia ogniowego, pluton moździerzy i pluton łączności. Zgromadzono ich w Paderborn i tam intensywnie szkolono przez kilka pozostałych dni. Pułkownik wykazywał się wielkim zaangażowaniem, zdobywając paliwo, amunicję, wyposażenie dla swoich żołnierzy.

Spadochroniarze skoki zaczęli wykonywać dopiero 12 grudnia, bo wówczas dostarczono im spadochrony. Braki w wyszkoleniu i sprzęcie spadochroniarze nadrabiali morale i zawziętością, podtrzymując ducha Fallschirmjäger z okresu wielkich zwycięstw. Zaplanowano ponadto zrzut 300 słomianych kukieł przywiązanych do zużytych spadochronów, by wzniecić zamieszanie za alianckimi liniami. Nie był to nowy pomysł – podobny fortel zastosowali Alianci lądując w Normandii. Spadochroniarze otrzymali ponadto zdobyczne radzieckie spadochrony, pozwalające choćby trochę skorygować kierunek opadania.

Von der Heydte, który w międzyczasie doznał urazu ręki, przeczuwał już klęskę, ale zanim spadochroniarze wyruszyli, spadł kolejny cios: kompletny brak rozpoznania lotniczego wyznaczonego terenu do zrzutu. Żeby uczynić misję jeszcze bardziej samobójczą, ostatnie 50 km samoloty miały przebyć z włączonymi światłami pozycyjnymi, by uniknąć rozproszenia formacji.

Desant miał rozpocząć się przed świtem 16 grudnia, jednak z powodu złej pogody, przesunięto go o 24 godziny. Po raz kolejny zawiodła organizacja – ciężarówki, którymi miano dostarczyć spadochroniarzy na lotniska, po prostu nie dotarły z braku paliwa. Co więcej, nikt w dalszym ciagu nie chciał się poczuć do odpowiedzialności za spadochroniarzy – zarówno lotnictwo, jak i wojska lądowe umywały ręce od tego problemu.

Pierwsze problemy

W związku z przesunięciem daty desantu, zmieniły się również wytyczne – desant miał wylądować w górzystym terenie Baraque Michel, ok. 11 km na północ od Malmedy, w celu zabezpieczenia skrzyżowania Baraque Michel. Brakowało dramatycznie rozpoznania tego rejonu, von der Heydte miał tylko mgliste pojęcie, gdzie ma skakać. Tuż przed wyjazdem na lotnisko, prognoza pogody zapowiadała wiatr o prędkości 6 m/s w SZ, czyli tyle, ile może przyjąć na siebie doświadczony spadochroniarz, a nie zieloni nowicjusze. Von der Heydte próbował odwołać operację, ale było już za późno. Zdesperowany pułkownik poprosił miejscowego księdza o poświęcenie spadochroniarzy i ich samolotów przed operacją.

W nocy z 16 na 17 grudnia spadochroniarze weszli na pokłady Ju-52 na lotniskach Paderborn i Lippespringer, zaś – zgodnie z tradycją Fallschirmjäger – dowódca wszedł do samolotu prowadzącego formację. Żołnierze trzymali się twardo i śpiewali pieśń niemieckich spadochroniarzy – “Rot scheint die Sonne”. Śpiew ucichł jednak, gdy samoloty zbliżały się do linii frontu. Nad strefą zrzutu okazało się, że prędkość wiatru trzykrotnie przekracza normy bezpieczeństwa. Zaledwie 35 ze 106 samolotów dotarło nad strefę, gdzie przywitał je morderczy ogień artylerii przeciwlotniczej, który rozproszył formację. Spadochroniarze skacząc w ciemnościach, po niepełnym szkoleniu, na nieznanym sobie terenie, odnosili poważne kontuzje, albo gubiąc się w ciemnościach.


Czytaj także:


Wielu spadochroniarzy, niedoświadczonych młodzików, zginęło, rozbijając się o drzewa, czy tonąc w bagnach. Ciała niektórych znaleziono dopiero lata po wojnie… 250 wyskoczyło w ogóle nie w pobliżu linii frontu, tylko w okolicach… Bonn, ponad 80 km od strefy zrzutu, daleko za niemieckimi liniami. Niektóre samoloty powróciły ze spadochroniarzami na pokładzie. Sam von der Heydte – mimo iż z unieruchomioną ręką i walcząc z silnym wiatrem – wylądował perfekcyjnie w strefie zrzutu, gdzie okazało się, że… jest kompletnie sam! Do świtu o 8 rano zebrał ok. 150 ludzi, jednak stanowiło to zaledwie 10 % całej grupy. Do następnego dnia pod komendą miał łącznie ok. 270 spadochroniarzy.

Porażka

W związku z tym, von der Heydte postanowił się zaszyć w lesie i rozesłał kilkuosobowe patrole, które miały wybadać amerykańską obronę.”Rezultat tego rozpoznania przekroczył nasze oczekiwania – napisał potem Heydte – Do późnego popołudnia 17 grudnia, miałem stosunkowo jasny obraz przeciwnika”. Informacje te na pewno wydatnie wspomogłyby sztab 6. Armii Pancernej SS, gdyby nie to, że radiostacje uległy zniszczeniu przy lądowaniu, a przez upór Dietricha nie zabrano gołębi. Spadochroniarze byli kompletnie odcięci od świata. Co więcej, w okolicy przejeżdżały konwoje na front, kompletnie niechronione. Gdyby von der Heydte miał całą swoją 1200-osobową grupę, byłby w stanie skutecznie zablokować skrzyżowanie.

Amerykanie ze znalezionym zasobnikiem niemieckim.

Po południu 18 grudnia stało się jasne, że 6. Armia Pancerna SS nie dotrze do pozostawionych samym sobie FJ. Spadochroniarze cierpieli głód, ponieważ każdy z nich miał rację żywnościową na zaledwie 24 godziny, mało było amunicji i broni, ponieważ większość zgubiono podczas skoku. Spadochroniarze mieli tylko jeden karabin maszynowy i jeden moździerz. Przemoczeni, wygłodniali żołnierze marzli w lesie. Raz tylko jeden samolot zrzucił zaopatrzenie – w zasobniku zamiast jedzenia i środków opatrunkowych było tylko parę butelek taniego koniaku i zamokłe papierosy…

Mimo kilku potyczek z Amerykanami i wzięciu kilkunastu jeńców, von der Heydte dobrze wiedział, że o walce, a tym bardziej o przejęciu skrzyżowania, nie może być mowy. 19 grudnia pozostawił jeńców pod opieką rannych FJ, zaś jednostce rozkazał maszerować na wschód, do własnych linii. Przemoczeni, zziębnięci, wygłodzeni spadochroniarze ruszyli na wschód, przez rzekę Helle.

Amerykanie przeszukują las

Po napotkaniu amerykańskich patroli, teren zaroił się od amerykańskich żołnierzy, przeczesujących las, wspartych czołgami i pojazdami pancernymi. Niemiecki pułkownik próbował jeszcze się przebić przez linie amerykańskie, ale atak załamał się, zwłaszcza, że Amerykanie wprowadzili do walki pojazdy pancerne, przeciw którym lekko uzbrojeni spadochroniarze nie mieli żadnej broni. Kilkukrotnie próbowano przełamać okrążenie, ale okazało się to niemożliwe.

Od tej pory, von der Heydte podzielił oddział na mniejsze grupki, które na własną rękę miały przedzierać się do własnych linii. Amerykańskich jeńców pozostawił pod opieką rannych spadochroniarzy. Von der Heydte myślał, że jego przeciwnikiem jest słynna 101. Dywizja Powietrzno-Desantowa, dlatego napisał list do jej dowódcy, gen. Maxwella Taylora, prosząc o udzielenie pomocy rannym i zaopiekowanie się jeńcami.

Żołnierze kompanii F 18. pułku piechoty podczas przeszukiwania lasów.

Reszta miała się przebijać do własnych linii. Około setce z nich się to udało, jednak sam pułkownik, ze złamanym barkiem, odmrożonymi stopami i objawami zapalenia płuc dotarł do przedmieść Monschau samotnie, gdzie pojmali go żołnierze 395. pułku 99. DP. Wraz z nim wpadła spora część żołnierzy, wyłapana w lasach przez Amerykanów.

Tak zakończyła się era niemieckich skoczków spadochronowych z dzielnej formacji. Mimo, iż jeszcze wiele razy dali oni pokaz swoich umiejętności i wielkiej odwagi, rozbijając panzerfaustami dziesiątki czołgów, walcząc do upadłego, niszcząc nieprzyjacielskie oddziały jeden po drugim, już ani razu nie skoczyli bojowo ze spadochronem.

Ostatnia szansa

Operacja była kompletną porażką, za którą odpowiedzialność ponosi cały niemiecki sztab, bezmyślnie szafujący ludzkimi istnieniami. Dowodem niech na to będzie rozmowa, między marszałkiem Modelem, a von der Heydtem. Kiedy ten drugi, wzburzony, udał się do Modela, wnosząc o odwołanie operacji, ”Strażak Hitlera” zapytał go, czy daje operacji chociaż 10 % szans powodzenia. Kiedy von der Heydte odpowiedział po namyśle, że tak, Model odrzekł, że operacja musi zostać wykonana, ponieważ cała ofensywa ma 10 % szans… ”Ta ofensywa jest naszą ostatnią szansą na pomyślne zakończenie wojny”, powiedział marszałek. Nie minęło pół roku, gdy Rzesza przestała już istnieć, a sam Model już od dawna nie żył…

Jednak podobnie jak w przypadku operacji ”Greif” i komandosów Ernsta Stielaua, tak tutaj Amerykanie popadli w paranoję, wysyłając oddziały z zadaniem przeczesania tyłów, myśląc, że doszło do desantu całej dywizji. Panika ogarnęła cały front zachodni. Amerykanie i Brytyjczycy niemieckich spadochroniarzy “widzieli” w Verdun we Francji, Maastricht w Holandii, w Liege w Belgii, a nawet w dalekim Cherbourgu i Paryżu.

Von der Heydte po schwytaniu.

Uważano, że niemieccy spadochroniarze przebierali się za zakonnice i księży, więc prawdziwym duchownym patrole żandarmerii kazały się rozbierać do pasa, by sprawdzić, czy nie mają oni śladów po szelkach na ramionach. Ulice wypełniły się uciekinierami, tak cywilami, jak wojskowymi. Kapral Alexander McKee z brytyjskiej armii pisał w swoim dzienniku: “Pięciu niemieckich spadochroniarzy schwytano w samym centrum [Bredy] – trzech w przebraniu księży, dwóch w mundurach brytyjskich. Żołnierze chodzili z bronią nawet do lokali i kin. M

Mówiono, że spadochroniarze wylądują w Anglii i uwolnią przetrzymywanych tam jeńców, a następnie dokonają inwazji od wewnątrz. Splątało się to z działaniami komandosów, zatem Amerykanie byli zmuszeni oddelegować kolejnych żołnierzy do pilnowania tyłów i wyłapywania przemarzniętych spadochroniarzy – 5 tysięcy żołnierzy i 200 czołgów, w tym cały 18. pułk piechoty z 1. Dywizji i sporą część 3. Dywizji Pancernej. Był to absolutnie jedyny pozytywny skutek operacji ”Stösser”.

 

[Głosów:57    Średnia:4.1/5]
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.