„Nie ma żołnierza, który by się nie bał”. Niepublikowane wcześniej wspomnienia żołnierza Armii Krajowej

Niezwykłe, nigdy wcześniej niepublikowane wspomnienia żołnierza Armii Krajowej.

Alarm!

Wyskakujemy z piwnicy z domu przy ul. Solec 39. Chłopcy i dziewczęta z białoczerwonymi opaskami na rękawach wyskakują na pół przytomni, brudni, obdarci i niezłomni obrońcy Przyczółka. Biegną pokrwawieni, z obandażowanymi głowami i rękami, ściskając w dłoniach różnoraką broń. Na korytarzu tłok. Żołnierze I-wszej Armii WP zmieszani z dziewczętami i chłopcami z białoczerwonymi opaskami na rękawach. Na rogu domu 37 stoi działko przeciwpancerne 45 mm. Za osłoną przyczajonych czterech żołnierzy w rogatywkach. Od ul. Zagórnej lub Idzikowskiego [chodzi u ulicę Idźkowskiego; błędna nazwa ulicy znalazła się w oryginalnych zapiskach autora wspomnień – przyp. redakcji] słychać potężny warkot silników. Wszyscy wiemy co to znaczy. Nadchodzą czołgi.

Z ul. Idzikowskiego, z czerwonego domu Niemcy prowadzą silny ogień, a Ukraińcy z ul. Zagórnej. Obsadzam okna, na klatce schodowej i po prywatnych mieszkaniach. Część chłopców z powrotem do piwnicy i furtą wybitą w szczycie domu przedostają się do głębokiego rowu od strony ul. Zagórnej. Niemcy skoncentrowali silny ogień na teren fabryki farby i makaronu, nie robiąc obrońcom większych strat, gdyż teren fabryki okolony był wysokim murem, oraz na posesję domów przy ul. Solec 37-39.

„Nie ma żołnierza, który by się nie bał”

Nieustraszona pani por. Janina Błaszczyk (autor błędnie odnotował nazwisko, por. nazywała się Błaszczak – uwaga redakcji), dowódca 3-go plutonu moździerzy, mimo silnego ostrzału i zbliżających się czołgów, tkwi na posterunku przy telefonie polowym zainstalowanym przy samym wyjściu z budynku na wolny plac między ul. Zagórną, Pałacykiem przy ul. Idzikowskiego, murem fabrycznym a Solcem. Słychać jej spokojny głos wzywający wsparcia artyleryjskiego zza Wisły. Artyleria ciężka stała wówczas w Jabłonnie. Ale niestety, zanim nadleciały pierwsze pociski, zobaczyliśmy wyłaniający się zza Pałacyku czołg.

„Pantera” – powiedział ktoś półgłosem. Kątem oka zobaczyłem jak żołnierze poprawili błyskawicznie 45-tkę, odwróciłem wzrok i wpatrywałem się w stalowego potwora. Okropny widok budzący grozę i strach, tym bardziej, że zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy bezsilni, że nic draniowi zrobić nie możemy. Niedobitki naszego plutonu, kapral podchorąży „Orlicz” Jurek Smalc – starszy strzelec „Gloris” Jurek Dorochowicz – „Leszek” Jurek Bednarczyk – „Tenor” Gwidon Luliński – „Grzmot” Stasiek Głowicki, stracił ojca w początkach powstania, sierżanta „Błyskawicę” – „Figaro” i „Długi” oraz por. Łokietek z siostrą Leną byli na stanowiskach w komplecie. Trochę spóźniony dołączył „Marlena”. Tymczasem „Pantera” wyłoniła się w całej okazałości węsząc długą lufą w lewo i w prawo, w dół i w górę. Wstrzymaliśmy wszyscy oddech.

Gdzie wymierzy?! – zadaliśmy sobie błyskawiczne pytanie. W tym momencie odpaliła nasza 45-tka, ale w pośpiechu i zdenerwowaniu chybili, ponieważ nie ma żołnierza, nawet najbardziej zaprawionego w bojach, który by się nie bał. Stalowy potwór błyskawicznie przekręcił żądło lufy i zanim żołnierze zdążyli powtórnie odpalić, potężny wybuch odrzucił nas od framugi. W powietrzu rozniósł się zapach trotylu. Gęsty dym i kurz przesłonił nam pole widzenia. Słychać było tylko szybki, ale spokojny głos pani por. Janiny Błaszczyk. Daj ogień! Daj ogień! – powtarzała szybko podając współrzędne.

Śmierć dzielnych artylerzystów

Kurz zaczął opadać, tylko silny zapach trotylu przypominał jeszcze o niedawnym wybuchu. Zobaczyliśmy jeszcze skaczące sylwetki nacierających szwabów. Otworzyliśmy chaotyczny lecz silny ogień. Pomimo że ranek był bardzo zimny, nam było gorąco i to bardzo gorąco. Strzelaliśmy w nacierających szwabów jak do celu. Dzieliło ich od nas niecałe 100 m. Teraz chłopcy zza muru fabrycznego otworzyli ogień rażąc nacierających szwabów z boku. Odezwały się K-My „Pantery”, działo raz po raz waliło w kierunku muru.
Dlaczego nie strzela nasze działko? Pomyślałem, szybko wychyliłem się i spojrzałem. Działko nasze leżało przewrócone na bok, a wokół leżało czterech dzielnych artylerzystów. Pocisk „Pantery” rozwalił wszystko. Poprzez grzechot wystrzałów słychać było głos bohaterskiej pani por. Działo się to wszystko w ułamkach sekund, ale wystarczająco długo aby kilkunastu obrońców poniosło śmierć. Nisko nad nami zachichotał pocisk dużego kalibru. Był to przerażający świst wgniatający głowę w ramiona. Prawie natychmiast nastąpił wybuch. Niestety daleko przed Panterą.

Dalsze pięćdziesiąt? Dalsze pięćdziesiąt? – to głos pani por. naprowadzający na cel prawie natychmiast następny wybuch na dachu pałacyku.

– Piętnaście w prawo! – kierowała ogniem p. por., tymczasem „Pantera” szybko wycofywała się na ul. Idzikowskiego. Następny pocisk uderzył dokładnie w to miejsce gdzie przed chwilą stała „Pantera”, niestety o parę sekund za późno. I w prawo! I w prawo, 50 w prawo. Teraz rozszalał się ogień. Ogień artyleryjski, jak raptownie rozszalał się, tak raptownie urwał, jednak wystarczająco długo aby przepłoszyć i dać nauczkę szwabom. Uspokoiło się na parę minut.

Atak oddziałów ukraińskich

Po paru minutach rozpoczęli natarcie Ukraińcy. Nacierali z ul. Zagórnej i z parku szkolnego od rogu ul. Zagórnej i Solca. Zbiegliśmy z piętra i zajęliśmy stanowiska na dole. Obok mnie zajął stanowisko żołnierz Pierwszej Armii z „Diktirowem” (chodzi o karabin maszynowy Diegtiariowa – uwaga redakcji). Ukraińców mieliśmy jak na dłoni. Strzelaliśmy do nich chyba z większą satysfakcją jak do Niemców. Jeden z Ukraińców był bliżej jak inni. Zauważyliśmy go i teraz kilku z nas zaczęło walić do niego. Ale każdy z nas chciał go trafić, więc wszyscy chybili. Zauważył go żołnierz z „Diktirowem”.

Wot ty suka! Job*ny! – powiedział przez zaciśnięte zęby i skierował lufę w jego kierunku.
Mierzył krótko i puścił serię w jego stronę. Ukrainiec oszalał teraz z przerażenia. Wokół niego kotłowało się od kul, ale żadna tego drania nie trafiła.

Job*ny suk**syn – mruknął żołnierz biorąc poprawkę. Siuda! Idzisiuda! – wrzeszczeli Ukraińcy z sieni domu do zdezorientowanego Ukraińca kręcącego się wkoło.
Oprzytomniał wreszcie drań. Ukraińcy chcąc go ratować otworzyli ogień kryjąc go. Ten zerwał się i zaczął biec w ich kierunku. Żołnierz mierzył dokładnie. Ukrainiec był już blisko swoich, gdy basowo zagdakał „Diktirow”. Ukrainiec zatrzymał się, wygiął do tyłu wypuszczając z rąk broń. W tym momencie odezwał się znowu „Diktirow”. Ukraińca jakby raziło prądem.

Wot blać! Doigrał się! – mruknął żołnierz. Kilkunastu Ukraińców leżało na przedpolu. Natarcie ich załamało się. Zrobiło się cicho, tylko dzwoniło w uszach. Odetchnęliśmy, ale nie na długo. Pałacyk był niczyj, nie było w nim ani naszych, ani szwabów. Zaczęto organizować załogę aby obsadzić Pałacyk. Na drugiej stronie wąskiej ul. Idzikowskiego i na Zagórnej byli już Niemcy i Ukraińcy. Jakiś oficer zdaje się z Zośki (batalionu AK – uwaga redakcji) wraz z oficerem WP wybrali kilku żołnierzy: jednego cekaemistę z „Maksymem” (chodzi o karabin maszynowy Maxim – uwaga redakcji) i jednego RK-Mistę z „Diktirowem” oraz kilku powstańców, między innymi mnie. Jeden z żołnierzy miał snajpera. Nasi otworzyli ogień do czerwonego domu przy Idzikowskiego, na Zagórną i na dom przy Idzikowskiego 4, gdzie byli już Niemcy.

REDAKCJA

Co Za Historia - nowoczesny portal historyczny. Udowadniamy, że przeszłość jest ciekawa!

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.