Najdziwniejsza bitwa II wojny światowej. Amerykanie i Niemcy walczyli w niej ramię w ramię!

Kolumna czołgów M4 i piechoty dotarła nieniepokojona do mostu nad Innem, który w skutek działań wojennych był już w opłakanym stanie. Czołgi zaczęły się przezeń pojedynczo przetaczać, niestety kiedy ostatni z nich wjechał na most, ten w końcu załamał się pod jego ciężarem. Kapitan Lee pozostał jedynie z czterema czołgami i bez tak ważnego wsparcia piechoty, która została po drugiej stronie rzeki.

Amerykańskie Shermany dotarły do Wörgl koło 20, tam Rupert Hagleitner zażądał by przybyłe siły zapewniły ochronę mieszkańcom i tym którzy nie chcieli już dłużej walczyć, przed krążącymi po okolicy SS-manami. Ponieważ austriacki ruch oporu nie był w stanie sam tego zrobić. John C. Lee w pierwszym odruchu nie zamierzał jednak tego robić, jego celem była obrona zamku i Francuzów. W tym momencie Josef Gangl miał zaproponować pomoc swoich żołnierzy w zamian za pozostawienie części sił. Najwidoczniej Amerykanin, pozbawiony osłony piechoty zdecydował, że będzie to dobra wymiana. Dwa “Shermany” zostały więc w Wörgl w zamian za to do Itter ruszyło 10 żołnierzy Wehrmachtu.

Według niektórych źródeł miało być ich 14, jednak wydaje mi się, że była to łączna liczba Niemców a należy pamiętać, iż kilku z nich zostało w zamku już wcześniej. Wśród Niemców ruszających do twierdzy, znalazł się sam major Gangl, jednak wszyscy podporządkowali się rozkazom amerykańskiego kapitana. Dwa czołgi i niemiecka ciężarówka zmierzały w kierunku Schloss Itter, tuż przed wsią Lee zdecydował się pozostawić jedną z dwóch maszyn nazwaną “Boche Buster” i czterech czołgistów do obrony mostu. Musiał on pozostać cały by ewentualne siły majora Kramersa mogły szybciej dotrzeć z odsieczą. Dowódca pozostawionego “Shermana”, porucznik Harry Basse, ruszył wraz z pozostałymi w stronę uwięzionych Francuzów.

Między Itter a zamkiem, SS zorganizowało małą blokadę na którą wpadły siły amerykańsko-niemieckie. Jednak po krótkiej wymianie ognia, żołnierze blokujący drogę wycofali się do pobliskiego lasu a “ekspedycja ratunkowa” dotarła pod mury średniowiecznej budowli.

Początkowa euforia francuskich osobistości na widok podjeżdżającego “Shermana” zamieniła się w rozczarowanie, gdy zobaczyli rozmach sił, które przyprowadził ze sobą kapitan Lee. 10 amerykańskich GI’s i kolejna garstka Niemców nie robiła na nich wrażenia. Nieco inaczej wyobrażali sobie “kawalerię przybywającą z odsieczą”. Schrader zameldował przybyłym, że obserwujący okolicę niemieccy żołnierze zauważyli na skraju lasu ruch, najprawdopodobniej zwiad 17 Dywizji Grenadierów Pancernych. Na wieść o zagrożeniu amerykański oficer kazał wszystkim byłym zakładnikom zejść do piwnic. Ci jednak zareagowali na jego troskę z oburzeniem, nie mieli ochoty kryć się w lochach zamku. Chcieli walczyć razem z żołnierzami. Dopiero argument, że powojenne losy Francji będą leżeć w ich rękach, zmusił Francuzów do udania się do piwnic zamku.

Lee wraz z dwoma niemieckimi oficerami zaczęli planować obronę zamku. Ponieważ przyszło bronić się w średniowiecznej warowni, ten dziwny amerykańsko – niemiecki sztab przyjął średniowieczną taktykę. Miało to być głównie pomysłem, nieszablonowo myślącego, Johna Lee. Grube mury i usytuowanie zamczyska na wzniesieniu dawało dużą przewagę obrońcom. Ataki od północy, południa czy zachodu musiałyby skutkować ciężkimi stratami nacierających sił, ponieważ wróg był zmuszony forsować strome zbocza co wystawiło by go na ostrzał broniących się. Atak od wschodu zaś nie dawał żadnej osłony i prowadził główną drogą.

Gdyby jednak udało się w jakiś sposób sforsować grube mury zamku i wedrzeć się do środka, obrońcy mogli wycofać się do wewnętrznej twierdzy. Musiało się to przerodzić w krwawe oblężenie w średniowiecznym stylu. Lee wiedział że nie musi odeprzeć wroga, wystarczyło jedynie wytrzymać do momentu przybycia 103 Dywizji Piechoty. Zamek podzielono na cztery sektory obronne, każdym dowodził jeden z oficerów, czyli: major Gangl, kapitan Lee, porucznik Basse i Hauptsturmführer Schrader. Jedynego “Shermana” ustawiono w bramie tak by mógł pokryć ogniem z działa i karabinów drogę. Niemieccy obrońcy zamku zawiązali na ramionach swoich mundurów skrawki ciemnego materiału, aby uniknąć pomyłki w trakcie walki.

Atak rozpoczął się 5 maja 1945 roku krótko po godzinie 4 nad ranem. Kule z MG-42 zaczęły bębnić we wschodni mur zamku a znajdujący się w jednej z wież kapral William Sutton zauważył kilku SS-manów podchodzących pod zamek. Jednak kiedy otworzył w ich stronę ogień ci uciekli do lasu. Niemcy ostrzeliwali i podchodzili pod twierdzę niemalże ze wszystkich stron. Seria z niemieckiego pistoletu maszynowego MP-40 zaniepokoiła kapitana Lee i majora Gangla, kiedy wpadli do pomieszczenia z którego dochodził dźwięk, znaleźli leżącego na podłodze ciężko rannego żołnierza majora. Okazało się że ostrzelał on grupę SS-manów, którzy prawie podeszli pod mur. Napastnicy zostali zmuszeni do odwrotu ale udało im się ranić obrońcę.

Okazało się, że były to jedynie sondujące obronę ataki pozorowane. W międzyczasie wydarzył się incydent, który na chwilę doprowadził do napięcia się stosunków między niemieckimi obrońcami a żołnierzami kapitana Lee. Mianowicie, jeden z ludzi majora Gangla uciekł z twierdzy przez główną bramę. Amerykanie obawiali się, że zdezerterował do oblegających ich SS-manów, niemiecki dowódca natomiast uważał, że jego człowiek po prostu uciekł z obawy o swoje życie. Major zagwarantował swoim nowym sprzymierzeńcom, że on i jego ludzie będą walczyć u boku GI´s aż do końca. Swoim ludziom natomiast miał obiecać, iż żaden z nich nie zginie.

Koło godziny 8:30 kapitan Lee obserwował przez swoją lornetkę z jednej z wież zamkowych okolicę. To co zobaczył niezbyt poprawiło mu humor. Niemiecka 17 dywizja SS rozlokowała się niemal w całej okolicy, szczelnie otaczając zamek. Około 100 do 150 żołnierzy, do tego dwa FlaKi 20 mm i zabójcze działo 88 mm. Nie ulegało wątpliwości, że ich rozkaz to brutalna eliminacja każdego, kto znajdował się we wnętrzu Zamku Itter. W obliczu tak niesprzyjającego obrotu sytuacji, major Gangl zadzwonił do Wörgl i przekazał informację o ciężkim położeniu austriackiemu ruchowi oporu. Prosząc jednocześnie o przekazanie tej informacji jakiejkolwiek amerykańskiej jednostce. Sam fakt, że połączenie telefoniczne jeszcze działało i że Niemiec dodzwonił się do Hagleitnera jest dosyć kuriozalny. Po około godzinie do zamku dotarły posiłki. Dwóch żołnierzy Wehrmachtu i jeden austriacki partyzant, zdołali się niezauważeni prześliznąć obok oblegających zamek Niemców z SS. Te dodatkowe siły mogą świadczyć o rozmachu i wielkości ruchu oporu w Austrii.

Wykorzystując przerwę w strzelaninie, na plac wyszli francuscy prominenci by zaczerpnąć świeżego powietrza. W tym właśnie momencie oddziały SS wznowiły ostrzał. Tym razem odezwały się dwa działka przeciwlotnicze i osiemdziesiątka-ósemka. Ich ofiarą padł, stojący w bramie i do tej pory skutecznie odgryzający się ze swoich KMów, amerykański czołg. Stanął w płomieniach trafiony pociskiem a po chwili eksplodował zamieniając się w kupę poskręcanej stali. na szczęście załoga zdołała bezpiecznie opuścić pojazd. Francuzi nagle postanowili włączyć się do walki i wesprzeć ich obrońców. Paul Reynaud wspominał:

“Wkrótce zobaczyłem, że gdy płonął czołg, napastnicy mogli przedostać się z drugiej strony na dziedziniec mostem, który łączył się ze zboczem góry. Pobiegłem do zamku. Wyjąłem tommy-gun z mojego kufra i zszedłem na dziedziniec, gdzie zastałem naszych żołnierzy. Clemenceau zabezpieczył już lukę na wypadek, gdyby napastnicy chcieli zająć pozycje obok czołu. Ja … zająłem pozycję blisko niego.”

Reynaud, Gamelin, Clemenceau, de La Rocque i Borotra pojawili się z bronią w ręku by wspomóc obrońców. Paul Reynaud ustawił się dosyć niefortunnie w bramie twierdzy odsłaniając się na ostrzał wroga. Widząc to Major Gangl postanowił ostrzec 70 letniego byłego premiera i wskazać mu bezpieczniejszą pozycję. Rzucił się przez dziedziniec w jego kierunku, kiedy przebiegał przez jego środek, kula snajpera trafiła go w głowę. Josef Gangl zginął na miejscu, ścięty pociskiem swego rodaka. Nie było jednak czasu na opłakiwanie tej straty, SS nacierało z coraz większą zaciętością a obrońcom zaczęła kończyć się amunicja. Nagle w zamku rozległ się dźwięk dzwonka. To dzwonił telefon w jednej z sal twierdzy. Kiedy kapitan Lee podniusł słuchawkę usłyszał po drugiej stronie głos amerykańskiego oficera. Okazał się nim major John Kramers, który właśnie dotarł do Wörgl. Amerykański kapitan na pytanie o sytuację krzyknął w słuchawkę:
“Wystrzelają tu nas jak kaczki… Najlepiej by było gdyby przysłał pan tu kilku ludzi!”

[Głosów:191    Średnia:2.8/5]
Komentarze

OKRUCHY HISTORII

Okruchy historii to blog historyczny oparty o ciekawostki i mniej znane fakty ubogacone o zdjęcia w dobrej jakości.

1 Comment

  • Ciekawe spojrzenie. Historia niby mi znana, ale najwidoczniej nie do końca. Tragiczny koniec głównych postaci świadczy raczej o fakcie, że na wojnie nie ma dobrych i złych. Są raczej same ofiary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.