Mengele prowadził na niej eksperymenty. Przeszła przez piekło. Po latach przerwała milczenie

Po wyjeździe do Polski widywała pani biologiczną mamę?

– Tak, odwiedzała mnie. Gdy przyjechała po raz pierwszy, poszłyśmy na teren dawnego obozu. Pokazała mi, gdzie odbywała się selekcja i gdzie musiała mnie zostawić. Odbierano dzieci młodym, zdrowym kobietom, które zaciągano do pracy.

Moment odbierania dzieci pokazano później w filmie “Zapamiętaj imię swoje”, który został oparty na pani życiorysie.

Nagle stałam się znaną osobą. Zjawili się fotoreporterzy, zaproszono mnie na wywiad, do programu telewizyjnego. Andrzej Mularczyk opublikował w “Polityce” artykuł. Rozmowy ze mną ukazały się w gazetach w Niemczech, Skandynawii, Czechach, na Węgrzech, we Włoszech. Odezwał się do mnie pewien mężczyzna ze Szwecji. Napisał, że jego córeczka zginęła w Auschwitz. Odpisałam mu. Koniecznie chciał mnie zaprosić do Szwecji, ale wtedy nie było możliwości wyjazdu, bo nie wydawano paszportów. Zaczął przysyłać mi pieniądze. Te 50 dolarów, które co jakiś czas dostawałam, to była wielka pomoc, bo żyło się bardzo ciężko.

Wiele lat później, już na emeryturze, zaczęła pani dużo podróżować po świecie.

– Mieszkałam w miejscowości Czaniec, między Kętami a Bielskiem. Mieliśmy wspaniałego wikarego, który organizował pielgrzymki. Pojechaliśmy do Ameryki Południowej. Trasa wiodła przez Argentynę, Brazylię, Boliwię aż do Peru, nad rzekę Paranę. Wtedy pomyślałam, że w zasadzie podążam śladami swojego prześladowcy, doktora Mengele, który po wojnie uciekł z Europy i stworzył tu sobie swój nowy dom. Umarł w 1979 roku podczas kąpieli w morzu.

Interesowała się pani jego losami?

– Tak. Czytałam książki, oglądałam filmy. Nie wiem dlaczego, ale chciałam dotrzeć do prawdy. Można powiedzieć, że znalazłam się w oku cyklonu, a jednak przeżyłam. Chyba za sprawą Boga, bo przecież tyle dzieci zostało zamordowanych, a ja znalazłam się wśród tych 160, które żyły w momencie oswobodzenia Auschwitz.

Jak sobie pani to tłumaczy?

– Myślę, że każdy z nas rodzi się z jakimś przeznaczeniem. Pewnie ocalałam po to, żeby świadczyć o tamtych czasach.

Długo nie chciałam opowiadać, bo wstydziłam się, że byłam w Oświęcimiu, dałam się tam zamknąć i odczłowieczyć. Wstyd ostatecznie ustąpił po odnalezieniu rodziców. Okazało się, że jednak jestem kimś. Człowiekiem, który ma swoje korzenie i rodzinę. Od tamtej pory zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do swojej historii. Mówienie o tym, co przeżyłam, stało się częścią mojego życia.

W 2006 roku, kiedy papież Niemiec Benedykt XVI przyjechał do Auschwitz, była pani na terenie obozu i wypowiedziała słowa, które odbiły się szerokim echem.

– Reżyserem tego spotkania był aktor August Kowalczyk, również były więzień. Dał mi scenariusz i wyjaśnił, co mam powiedzieć. Wszystko było ustalone, więc przykładnie nauczyłam się swojej roli. Ale na końcu dodałam coś od siebie. Chciałam zwrócić uwagę, że Niemcy – naród filozofów, poetów i kompozytorów – miał w swoim gronie zbrodniarzy, którzy nawet dzieci wieszali na szubienicach. Gdy to powiedziałam, nastąpiła konsternacja. Nie wiem, jak przetłumaczono moje słowa Benedyktowi XVI, ale chyba coś musiało do niego dotrzeć.

Jaki jest pani stosunek do Niemców? Jest pani bohaterką naszej książki “Dobranoc, Auschwitz”, obok Karola Tendery, który wytoczył niemieckiej telewizji ZDF proces za użycie na stronie internetowej sformułowania “polskie obozy śmierci”.

– Kiedy słyszę o takich przypadkach, to coś się we mnie burzy. Przecież Polacy sami byli więźniami, albo pomagali uwięzionym, narażając niejednokrotnie swoje życie. A dzisiaj idioci pozwalają sobie na sformułowanie “polskie obozy koncentracyjne”. Jak można na to przyzwalać?

Podczas spotkań z Niemcami używa pani sformułowania “niemiecki obóz”?

– Oczywiście, zawsze to podkreślam. Nie mówię o hitlerowcach czy nazistach, ale o Niemcach. Jako dziecko nie wiedziałam, kim są naziści. Funkcjonariusze w obozie mówili po niemiecku, więc dla mnie to byli Niemcy. Do dzisiaj tak mówię.

Młodzi Niemcy reagują na to bardzo różnie. Niektórzy chyba nie wierzą w to, o czym opowiadam, bo w ich domach milczy się na ten temat. Nie wiedzą, kim byli dziadkowie.

Jak dziś wygląda pani życie?

Staram się żyć tak jak wszyscy. Mam bardzo wielu przyjaciół, także byłych więźniów Auschwitz.

W książce “Dobranoc, Auschwitz” opisujemy scenę pani tańca z innym bohaterem naszej opowieści, dzisiaj 92-letnim Stefanem Lipniakiem. Tańczyliście na weselu córki waszej wspólnej lekarki, dr Alicji Klich-Rączki, która prowadzi przychodnię dla byłych więźniów i dzieci Holocaustu.

– Pana Stefana poznałam dopiero w Krakowie. Jestem wdową, mój mąż zmarł 18 lat temu, pan Stefan także jest wdowcem. Pani doktor, kiedy wydawała córkę za mąż, bardzo chciała, żeby również ktoś z jej pacjentów uczestniczył w tym wydarzeniu. No i pojawiliśmy się tam razem.

Stefan Lipniak jest świetnym tancerzem, ja też lubię tańczyć. Na weselu poproszono nas, żebyśmy pokazali, jak powinno wyglądać tango.

Goście wiedzieli, że tańczą ze sobą robotnik i dziewczynka z Auschwitz?

– Tak. Wszyscy stanęli dookoła i bili nam brawo.

***

Książkę można kupić na stronie wydawnictwa:

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,68075,Dobranoc-Auschwitz

 

POLACY, KTÓRZY PRZEŻYLI AUSCHWITZ

OSTATNI MOMENT, BY POSŁUCHAĆ OCALONYCH

Józef Paczyński, rocznik 1920. Więzień numer 121 – z pierwszego transportu, fryzjer komendanta Rudolfa Hössa. Na pytanie, czemu nie poderżnął mu gardła, będzie musiał odpowiadać przez całe życie.

Marceli Godlewski, 1921, AK-owiec, egzekutor Kedywu. Po wielu miesiącach przesłuchań trafia do obozu, skąd ucieka przy pierwszej okazji.

Lidia Maksymowicz, najmłodsza. Uwięziona jako trzyletnia dziewczynka. Wystraszone dziecko ukrywające się pod pryczą przed wzrokiem doktora Mengele.

Karol Tendera, więzień numer 100 430. Zakażony tyfusem w ramach eksperymentu medycznego. Nigdy nie pogodzi się z tym, że można bezkarnie mówić o „polskich obozach zagłady”.

Stefan Lipniak, 1924. Czterdzieści cztery miesiące za drutami. Cała młodość. Niewiele o tym mówi, bo życie to nie tylko obóz.

Mija 70 lat. Byli więźniowie Auschwitz nadal żyją i są wśród nas. Spotykamy ich na ulicy, w tramwaju, w aptece. Mijamy w pośpiechu, nie zwracając uwagi. Wciąż mają dużo do opowiedzenia. Oto ich historie.

[Głosów:253    Średnia:3.2/5]
Komentarze

REDAKCJA

Co Za Historia - nowoczesny portal historyczny. Udowadniamy, że przeszłość jest ciekawa!

1 Comment

  • Moj wujek nie zyjacy 5 lat spedzil w obozie koncentrac, w Oswiecimiu, moj ojcec byl w czasie wojny jako mlody chlopiec na przymusowych robotach w Czechoslowacji – pracowal w kopalni,a mojego ojca siostra majc 10 lat pracowala w Niemczech na przymusowych robotach – pasla i doila krowy, spala w stajni przykryta sloma

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.