Jak polscy powstańcy schwytali szpiega Moskali

Fragment książki Romualda Sadowskiego “Legendy Przechnicy i okolic. Część I”.

– Mości kapitanie Jagielski! – zawołał Rębajło.

– Na rozkaz panie majorze!

– Wystawcie widety! Pierwsza niech pójdzie w kierunku Ujn, druga ku Szczecnu, trzecia niech patroluje trakt cisowski a czwarta niech lustruje teren między obozem a Korwinem.

– Tak jest!

Kapitan podszedł do powstańców grzejących się przy kilku niewielkich ogniskach. Tak jak i oni wyciągnął zziębnięte dłonie w kierunku strzelającego iskrami ognia.

– Moskale nas stale tropią. Musimy być czujni. – zamyślił się kapitan i po chwili dodał:

– Będziecie się zmieniali, co trzy godziny. Jeżeli tylko który natknie się na Moskali, niech jeden z trójki czem prędzej przygna do obozu, a dwaj pozostali niech nadal lustrują teren i nie spuszczają oczu z wroga.

Trzyosobowe patrole powstańcze rozeszły się w nakazanych kierunkach. Zima 1863/64 roku może nie była nadmiernie śnieżna i mroźna, ale wszechobecna wilgoć powodowała, że chłód był przejmujący i trudno było wymęczonym powstańcom się rozgrzać. Ciężko się obozowało żołnierzom w lesie, śpiąc całymi tygodniami przeważnie w licho skleconych szałasach lub płytkich ziemiankach. Dobrze, że mieszkańcy pobliskich wsi dbali o zaopatrzenie dla liczącego kilkuset powstańców oddziału. Przynajmniej bardzo nie głodowali.

Dzień dopiero wstawał, słońce nieśmiało przebijało się przez gęstwinę otaczającego polanę lasu. Trzech powstańców starając się nie robić hałasu przekradało się w kierunku wsi Ujny. Od czasu do czasu szeptem rzucali pojedyncze zdania.

– Kiedy przegnamy Moskali osiędę w rodzinnej chałupie, wezmę sobie żonę i chmarę dziecków sobie sprawimy, co by pilnowali tej naszej miłej Ojczyzny – rozmarzył się Wawrzek idący w patrolu, jako ostatni.

– Cichaj! – syknął Józef, którego wyznaczono na dowódcę widety – Bo nie usłyszysz nawet jak ci Moskal na łeb nadepnie!

Kiedy zbliżali się do wąskiego traktu leśnego wszyscy trzej usłyszeli wyraźny odgłos łamanej gałęzi. Za chwilę kolejny i jeszcze jeden trzask. Stanęli jak na komendę i wytężyli słuch. Najwyraźniej ktoś zbliżał się w ich kierunku. Józef przystawił palec wskazujący do ust i za chwilę tym samym palcem przejechał im przed oczami oznajmiając, że traktem idzie tylko jeden człowiek. Powstańcy przykucając schowali się za grubymi drzewami, wyczekując aż będzie widać, z kim przyjdzie im się spotkać.

Po kilku chwilach ich oczom ukazał się kuśtykający na jedną nogę, odziany w łachmany dziad niosący na plecach niewielki tobołek przytroczony do powyginanego kija. Co kilka kroków dziad przystawał na drodze i wyraźnie wytężając słuch rozglądał się dookoła. Zanim zbliżył się do miejsca, w którym ukryli się powstańcy przystawał tak ze cztery razy. Józef pokazał palcem dwóm swoim kompanom, aby wyszli na trakt i zatrzymali dziada. Sam zaś pozostał w ukryciu bacznie obserwując rozwój wypadków.

– Stójcie! – krzyknął Wawrzek do dziada i obaj z Antonim wyszli zza drzew. Dziad zaskoczonym nagłym pojawieniem się dwóch zbrojnych znieruchomiał, i nie pytany o nic zaczął się tłumaczyć:

– Ślachetni panowie, puśćta bidnego dzioda. Jo ino łod wsi do wsi po prośbie łaże. Do roboty żadny sie nie nadom, ani do wojacki. Kulosy łodmawiają posłuseństwa – i klepnął się ręką po udzie.

– A dokąd idziecie? – zapytał pełen powagi Wawrzek.

– Na Korwin. Tamci dobre ludzie zyjom. Zryć moze dadzom
a i łogzać by sie zdało.

– Niech was Bóg prowadzi dobry człowieku – dodał Antoni.

Powstańcy odwrócili się i poszli z powrotem w kierunku schowanego za drzewem Józefa. Kiedy podeszli do niego, Józef gestem nakazał iść im dalej, samemu się nie ujawniając. Dwaj powstańcy nieco zdziwieni na chwilkę tylko jakby zwolnili kroku, ale karnie poszli dalej, w głąb gęstego lasu. Dziad stał cały czas w miejscu, w którym go zostawiali Wawrzek z Antkiem. Ciągle patrzył w kierunku znikających za drzewami żołnierzy. Kiedy już i Józek nie widział swoich kompanów, dziad błyskawicznie odwrócił się i już nie utykając energiczne pomaszerował w kierunku, z którego dopiero co przybył.

– Stój! – ryknął na cały głos Józef, który wyszedłszy zza drzewa stanął na trakcie i przyłożył do oka karabin mierząc do dziada. Tamten najpierw zaczął utykać, a kiedy Józef krzyknął powtórnie – Stój bo strzelam! – dziad stanął. Antek z Wawrzkiem zaalarmowani krzykiem Józka również pojawili się na trakcie. Józek nie przestając mierzyć z karabinu zaczął się zbliżać do dziada.

– Przeszukajta go! – Zakomenderował.

– Noga ci się dziadzie rychło naprawiła! A i nie głodnyś, skoro już po prośbie iść nie musisz. – Józek na głos wyjaśniał zaistniałą sytuację. Dziad milczał. Powstańcy rozwiązali tobołek, ale po za kilkoma szmatami i kawałkiem suchego chleba niczego nie znaleźli.

– Ktoś ty? – Złapał dziada za brzegi złachmanionej kurtki Antek – Po co tu łazis? Godej mi tu prendko! – Szarpnął energicznie dziada i znieruchomiał. Pod prawą ręką, która ściskała brzeg łachmany, poczuł wyraźne zgrubienie. Dobył zza pasa krótki kozik i rozciął materiał.

– No, no … – Pokazał swoim kompanom trzymany w ręku wyciągnięty z rozciętej łachmany papier.

Dziad stał ze zwieszoną głową i cały czas milczał.

– Wawrzek! Biegiem do obozu! Bież te bumagę i melduj komendantowi cużeś tu widzioł. A my tu upilnujemy tego gagatka – wydał polecenie podkomendnemu pomijając fakt, że zarówno on jak i pozostali jego kompani nie umieją czytać i po prostu nie wiedzą, co za papier znaleźli. Dziad ani drgnął. Cały czas w milczeniu, ze zwieszoną głową, stał nieruchomo.

Nie minęło pół godziny, kiedy dało się słyszeć tętent koni dobiegający od strony, gdzie znajdował się powstańczy obóz. Za chwilę pojawiło się między drzewami dwóch jeźdźców z kawalerii powstańczej. Rotmistrz podjechał do dziada, splunął na ziemię i rzucił mu pod nogi przywieziony sznur.

– Prawem nadanym mi przez Rząd Narodowy i komendanta naszego Rębajłę skazuję cię za zdradę sprawy polskiej na śmierć przez powieszenie. Niegodnyś miana Polaka! – Obwieścił rotmistrz nie schodząc z konia.

Następnie zakręcił się w miejscu ściągając wodze niespokojnego konia i zwrócił się do pilnujących dziada powstańców:

– Schwyciliście chrobaka najgorszego sortu, któren za garść srebrników Ojczyznę swoją i rodaków zdradził, i szpiegować dla Moskwy się ułożył. Wyrok rychło wykonać nakazuję ku przestrodze innych zdrajców. A do wsi znać dajcie, co by włościanie wiedzieli, że dziad ten winien był zdrady wielkiej, której wybaczyć mu nijaką mocą nie można. Niech tutejsi dla potomnych pamiętają miejsce, w którem dokonała się sprawiedliwość, a które odtąd zwać się będzie “Dziadem”.

Zdjęcie główne: Nadanie Orderów Virtuti Militari żyjącym weteranom powstania styczniowego przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego na stokach Cytadeli Warszawskiej 5 sierpnia 1921 r. (zdjęcie ilustracyjne) / Fot. Domena publiczna

ROMUALD SADOWSKI

Romuald Sadowski, urodzony w 1968 roku w Kielcach. Ukończył studia doktoranckie w Instytucie Organizacji i Zarządzania w Przemyśle "Orgmasz" w Warszawie. Miłośnik gór, pasjonat historii i społecznik. Muzyk, malarz i fotografik - samouk. Mieszka w Ujnach k/Pierzchnicy. Żonaty z Dorotą z d. Mochocką, ma dwoje dzieci: syna Jakuba i córkę Marię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.