“Ginęli ludzie podli, zdrajcy, konfidenci”. Izabella Horodecka – “Teresa” od wyroków

W swoim długim, prawie 102-letnim życiu zwiedziła kilkadziesiąt państw na sześciu kontynentach. Jej losy z powodzeniem mogłyby stanowić kanwę filmowego thrillera. Gdyby komplet orderów i medali zawiesiła na piersi, wyglądałaby jak sowiecki generał. Izabella Horodecka „Teresa”, to prawdziwy James Bond w spódnicy. Fragmenty książki Przemysława Słowińskiego “Kobiety wywiadu”


Przenikliwa, niezwykle spostrzegawcza, mająca świetny refleks, podczas okupacji wzięła udział w 23 poważnych akcjach likwidacyjnych, czyli wykonywaniu wyroków śmierci na najniebezpieczniejszych zdrajcach, szpiegach i agentach gestapo. „Nigdy nie miałam wyrzutów sumienia – wyznała już po wojnie. – Uczestniczyłam w wymierzaniu sprawiedliwości. Ginęli ludzie podli, mający krew na rękach. Zdrajcy, konfidenci, sprawcy zbrodni, winni śmierci i cierpienia setek, tysięcy ofiar. W dodatku potencjalnie
nadal niebezpieczni dla otoczenia”. Na pytanie dziennikarki: „Często się pani bała?” – odpowiedziała: – „To defekt mojego charakteru, ale ja po prostu nigdy się nie boję”.


 

Izabela Horodecka


Izabela Horodecka – narodziny legendy

Izabella Małkiewicz urodziła się 1 maja 1908 roku w Moskwie. Wbrew tej dacie oraz miejscu, przyszła na świat w polskiej rodzinie o patriotycznych tradycjach sięgających okresu powstań narodowych. Kiedy Iza skończyła pięć lat, państwo Horodeccy przeprowadzili się do miejscowości Czuchlinka pod Moskwą. Tam przeżyli pierwszą wojnę światową i czas rewolucji październikowej. Mieszkali w środowisku polskiej kolonii, Iza uczyła się w trzyosobowych, prywatnych polskich kompletach. W 1918 roku zdała egzamin do I klasy szkoły polskiej prowadzonej przez profesor Annę Jakubowską. W tym samym roku państwo Małkiewiczowie opuścili Czuchlinkę i przenieśli się do Wilna, znajdującego się jeszcze pod okupacją niemiecką. 

Po najeździe bolszewików na Wilno państwo Małkiewiczowie uciekli do Warszawy, gdzie zaczęli odbudowywać utracony poziom życia. Ojciec Izabelli został jednym z dyrektorów państwowego monopolu solnego, a rodzina wkrótce zaczęła obracać się w wyższych kręgach towarzyskich przedwojennej Warszawy. W 1927 roku Izabella zdała maturę i rozpoczęła studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim. Przerwała je po dwóch latach, przenosząc się do pomaturalnej szkoły handlowej, którą ukończyła w 1931 roku. Była czynnym członkiem AZS, pływała wyczynowo na kajakach.

Przez kilka miesięcy pracowała w Związku Zakładów Ubezpieczeń Społecznych Pracowników Umysłowych. Wyszła za mąż 1 stycznia 1932 roku za starszego o dwa lata Zygmunta Horodeckiego – jak to się wtedy mawiało – dobrze zapowiadającego się prawnika. Półtora roku później wyjechali na Śląsk,
gdzie mąż dostał posadę prokuratora. Początkowo mieszkali w Rybniku, później w Katowicach. Do Warszawy wrócili w 1937 roku, zajmując piękny apartament przy ulicy Walecznych.

Wkroczenie Sowietów 

W chwili wybuchu wojny mąż pani Izabelli pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości. Ewakuował się 6 września wraz z innymi pracownikami resortu na Wschód. Żegnając się wtedy w jednej z bram
przy ulicy Wiejskiej, widzieli się z Izabellą po raz ostatni. 

Jako absolwentka specjalnego kursu Czerwonego Krzyża Sióstr Sanitarnych w 1938 roku Horodecka została zmobilizowana i przydzielona do XII Zespołu Chirurgicznego w charakterze siostry
operacyjnej Szpitala Ujazdowskiego. Asystowała jako instrumentariuszka przy operacjach i opatrywała lżej rannych. Wśród huku wybuchających bomb lekarze i pielęgniarki pracowali non stop 24 godziny na dobę. Dopiero 6 września słaniająca się na nogach ze zmęczenia Izabella dostała krótką przepustkę, żeby zobaczyć się z mężem…

Dwa dni później szpital otrzymał rozkaz ewakuacji. Przeszli przez Polesie, Kowel, aż do przejścia granicznego w Zaleszczykach. Mieli przechodzić do Rumunii 16 września, gdy dostali
rozkaz powrotu do Trembowli i zorganizowana tam szpitala polowego. Następnego dnia Izabella Horodecka znalazła się pod okupacją sowiecką.

„Kiedy pojawili się pierwsi Rosjanie, nie mieliśmy pojęcia, że porozumieli się z Niemcami i będą okupować pół Polski – wspominała. – Sądziliśmy, że Armia Czerwona weszła na parę dni, że zrabuje, co
się da, i ustąpi przed Niemcami. Gdy jacyś sowieccy oficerowie polecili personelowi zebrać się przed budynkiem gimnazjum, gdzie zainstalowany był nasz szpital, nikt nie próbował uciekać. W pewnym
momencie jakiś sowiecki lekarz wezwał do pozostania przy chorych jednego lekarza i siostrę. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że muszę zostać”.

“Teresa” od wyroków

W kwietniu 1942 roku została żołnierzem Armii Krajowej, przyjmując pseudonim konspiracyjny „Teresa”. Zaprzysiągł ją sam pułkownik Remigiusz Grocholski „Doktor”, dowódca „Wachlarza”. Na początku 1943 roku, kiedy gestapo zaczęło się interesować firmą Przybylskiego, Izabellę Horodecką przesunięto do pracy w specjalnej komórce Oddziału II (informacyjno-wywiadowczego) Komendy Głównej AK, działającej pod kryptonimem 993/W. W mieszkaniu przy ulicy Barskiej spotkała się 17 marca z dwoma oficerami tego oddziału. Bez ogródek wyjaśnili, na czym będzie polegała jej nowa praca.


Czytaj także:


– Będzie pani pracowała przy likwidacji gestapowców, zdrajców, konfidentów i szmalcowników. Jest pani na tyle mocna, by dać sobie radę? – zapytał porucznik Leszek Kowalewski pseudonim „Twardy”.
– Tak – odrzekła bez chwili zastanowienia.

W ten sposób wychuchana, wychowana w cieplarnianych warunkach dziewczyna z dobrego domu trafiła do oddziału bezlitosnych zawodowych zabójców. Dowodził nim porucznik Leszek Kowalewski „Twardy”, a po jego śmierci porucznik „Porawa” – Stefan Matuszczyk.

Do zadań „Teresy” należało przygotowanie akcji likwidacyjnej od strony wywiadowczej i logistycznej – rozpoznanie celu, ustalenie dziennej rutyny, wyznaczenie optymalnego miejsca i czasu egzekucji, rozdanie broni wykonawcom wyroku, a gdy było po wszystkim – odebranie jej i ukrycie. „Obcynkowanie”, czyli zidentyfikowanie celu, przeprowadzała zawsze bardzo dokładnie – za jej pomyłkę
niewinny człowiek mógł zapłacić życiem. Od dowództwa dostawała bardzo ogólnikowe informacje – adres osoby i jej przybliżony wygląd. W warunkach konspiracyjnych trudno było o dokładniejsze dane.

„Obowiązywały nas tylko ogólne zasady prowadzenia obserwacji – wspominała. – Nie wolno było długo stać bez widocznego powodu w jednym miejscu, bo to zwracało uwagę. Nie należało prowadzić rozpoznania «klienta» w miejscach, w których było prawdopodobieństwo spotkania znajomych spoza konspiracji. Miałyśmy też ustalone zasady przekazywania sobie śledzonego na ulicy delikwenta, tak by zbyt długo nie pokazywać się w jego otoczeniu. Każda z nas miała swój własny styl pracy. Ja na przykład zawsze ubierałam się elegancko. Zadbany, dostatni wygląd oddalał podejrzenia, że mogę mieć coś wspólnego z konspiracją”.

Pierwsza “klientka” Izabelli Horodeckiej

Jej pierwszą „klientką” była Wanda Mostowicz – konfidentka gestapo zamieszana w sprawę aresztowania generała „Grota” Roweckiego, członkini żydowskiej grupy agentów zwanej „bandą
Ganzweicha”. „To był dla nas trudny czas – wspominała. – Trzy tygodnie wcześniej, podczas nocnej akcji wykopywania broni ukrytej w 1939 przy Radzymińskiej, został aresztowany nasz dowódca Leszek Kowalewski «Twardy». Po paru dniach rozstrzelano go na Pawiaku”.

Zadanie też było trudne, Mostowiczowa nie pracowała, nie miała stałych zajęć ani przyzwyczajeń. Przez kilka dni „Teresa” wystawała pod jej domem, śledziła ją na mieście, ale nie potrafiła znaleźć
żadnych przewidywalnych punktów w jej rozkładzie dnia. Sprawę komplikował dodatkowo fakt, że na co dzień chodziła w żałobie po mężu, również konfidencie zlikwidowanym wcześniej przez AK, a w tym samym domu mieszkała inna kobieta, także będąca w żałobie.  O pomyłkę nie było trudno, mógł zginąć niewinny człowiek. Różnił je drobny detal (koronka) w żałobnym kapeluszu. Po tym detalu Izabella Horodecka zidentyfikowała zdrajczynię. Resztę załatwili jej koledzy z 993/W. Wandę Mostowicz zlikwidował Ryszard Duplicki pseudonim „Gil”. Zabiegł drogę rikszy, którą jechała, i wpakował
w nią cały magazynek stena, nie drasnąwszy nawet rikszarza.

James Bond w spódnicy

Innym razem otrzymała informację, że jej kolejnym celem jest niejaki Zajączkowski. Według opisu był to wysoki przystojny brunet, który często przesiadywał w kawiarni przy ulicy Kruczej. Izabella zaczęła tam bywać i faktycznie – szybko dostrzegła człowieka idealnie pasującego do podanego opisu. Zaczęła go rozpracowywać, jednak na wszelki wypadek postanowiła sprawdzić także tożsamość innych bywalców przybytku. Okazało się, że wspomniany Zajączkowski był barmanem. Wbrew opisowi był to człowiek niskiego wzrostu, rudy i brzydki.

W pracy bardzo pomagało „Teresie” to, że przed wojną jej rodzina należała do warszawskiej elity i miała rozległe znajomości. Była osobą z tak zwanego dobrego towarzystwa. Znała wielu wojskowych, lekarzy, prawników, aktorów, ludzi wolnych zawodów. Tymczasem większość dziewcząt z 993/W była w czasie wojny zbyt młoda, by zdążyć wyrobić sobie szersze stosunki towarzyskie. Kontakty „Teresy” procentowały w czasie okupacji. Dzięki środowiskowym koneksjom niejednokrotnie zdobywała bezcenne
informacje. Rozpoznając cel ubierała się zawsze bardzo elegancko – staranny makijaż, drogie futro. Taki wygląd oddalał podejrzenia, że ma coś wspólnego z konspiracją. Pewnego razu wspomniane okrycie
uratowało jej nawet życie, kiedy torba, w której niosła steny, rozdarła się i pistolety wypadły na ulicę, Izabella bez zmrużenia oka pozbierała broń, zawinęła w futro i odniosła na melinę. 

[Głosów:95    Średnia:3.1/5]
Komentarze

REDAKCJA

Co Za Historia - nowoczesny portal historyczny. Udowadniamy, że przeszłość jest ciekawa!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.