Gang Skorzenego, czyli Niemcy w amerykańskich mundurach. CZĘŚĆ II

Niemieccy komandosi wywołali prawdziwą paranoję w amerykańskich szeregach. Chcąc wyłapać szpiegów alianci kazali wymawiać podejrzanym trudne angielskie słówka oraz odpytywali ich z geografii Stanów Zjednoczonych. W atmosferze paniki za niemieckich agentów wzięto nawet… słynnych alianckich dowódców.


Zobacz:  Gang Skorzenego, czyli Niemcy w amerykańskich mundurach. CZĘŚĆ I


Chuligani w amerykańskich mundurach

Dużo ciekawiej prezentowały się losy Einheit Stielau. Jak wspomniałem wyżej, do ataku wysłano 11 grup po czterech żołnierzy – czyli 44 ludzi. Pozostali albo zostali przydzieleni do grup bojowych 150. Brygady, albo zostawieni na tyłach. Ci, których przydzielono do oddziałów, wzięli udział w m.in. nieudanym ataku na Malmedy, gdzie kilku z nich wzięli do niewoli Amerykanie.

Zespoły wysłano około 2-3 w nocy 16 grudnia. Komandosi otrzymali amerykańskie książeczki wojskowe i prawa jazdy wystawione na amerykańskie nazwiska. Porozdzielano też pośród nich pojemniki z amerykańską kawą, czekoladą, konserwami i papierosami oraz spore sumy sfałszowanych dolarów. Każdemu żołnierzowi nakazano pozbyć się niemieckich przedmiotów, zwłaszcza dokumentów i nieśmiertelników, ale wielu nie posłuchało tego rozkazu – dla niektórych stało się to przyczyną zguby.
Działania komandosów nie były zbyt spektakularne. Ich działania głównie sprowadzały się do rozpoznania w okolicach Mozy. Dwie grupy dotarły nad rzekę, gdzie obserwowały przez pewien czas ruch pojazdów, po czym wycofały się.

Jednemu zespołowi udało się zniszczyć skład amunicji, inna zdobyła amerykański samochód pancerny, przepłaszając jego załogę ogniem z pistoletów. Kolejny team przestawił drogowskazy, kierując cały pułk Amerykanów w kompletnie inne miejsce, niż docelowe, kierując ruchem przez kilka godzin. Inna grupa przekonała amerykańską obronę miasteczka Poteau do wycofania się. Niemcy przecinali też linie telefoniczne, m.in. tę łączącą dowódcę amerykańskiej 1. Armii, gen. Hodgesa z Eisenhowerem. Sami komandosi określali siebie jako „Gang Skorzenego”.

Wojna psychologiczna

Jednak prawdziwy chaos komandosi wprowadzili na polu psychologicznym. Całą amerykańską armię ogarnęła szpiegomania. Zaczęło się to od Jeepa z trzema „amerykańskimi” żołnierzami. 17 grudnia wieczorem patrol amerykańskiej żandarmerii wojskowej zatrzymał w okolicy Liege samotny pojazd. Dowódca patrolu rutynowo zapytał o hasło, przydzielone jednostkom amerykańskim w tym rejonie. Kierujący jeepem żołnierz zbladł i odparł, że żadnego hasła nie zna. Pasażerowie samochodu zostali zatrzymani do wyjaśnienia, zwłaszcza, że dość źle znali angielski. Przy zatrzymanych znaleziono spore ilości pieniędzy, ale żandarmi myśleli, że to kontrabanda.


otto skorzeny


Prawdziwy szok Amerykanie przeżyli, kiedy przeszukali pojazd i znaleźli w nim dwa brytyjskie pistolety maszynowe, granaty, ładunki wybuchowe oraz niemiecką radiostację. Wówczas Amerykanie zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z przebranymi Niemcami. Zatrzymanymi okazali się st. chor. Billing, kpr. Schmidt i plut. Parnaß. Jeńców natychmiast skierowano na przesłuchania. Zeznania wziętych do niewoli komandosów zelektryzowały cały sztab Aliantów. Zeznali oni bowiem, że ich celem jest przedostanie się do Paryża i zgładzenie generała Eisenhowera.

Kapral Schmidt podawał też, jakoby do Paryża miał przeniknąć osobiście Skorzeny i wskazał nawet kawiarnię – Cafe de la Paix – gdzie zamachowcy mieli rzekomo się spotkać. Amerykanie zdawali sobie już wcześniej sprawę ze szkolenia niemieckich komandosów, ale informacje te były prawdziwą rewelacją. Zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem Skorzenego, owianego złą sławą zimnokrwistego zabójcy.

Amerykanie wyłapują szpiegów

Paranoja odbiła się szerokim echem. Eisenhower stał się zakładnikiem swojej własnej ochrony, a po Paryżu jeździł jego sobowtór z liczną obstawą. Dowodzący 12. Grupą Armii gen. Omar Bradley usunął ze swojego samochodu proporczyki generalskie i zażądał eskorty w postaci czołgu. Dowodzący 1. Armią gen. Hodges tak się przeraził, że uciekł ze swoim sztabem 25 km na zachód do Chateau Fontaine. Panika na wyższych szczeblach udzielała się wszystkim. Amerykanie donieśli, że zatrzymano aż 250 domniemanych agentów Skorzenego – ten ostatni, słysząc w radio te doniesienia, zaśmiewał się z amerykańskiej paniki, bo znał siłę swoich zespołów. Kogo zatrzymywano? Na przykład frontowych żołnierzy, którzy mogli mieć niemieckie elementy wyposażenia – jednego kapitana trzymano w areszcie tydzień, bo miał niemieckie buty. Zdarzyło się, że aresztowano dwóch żołnierzy, którzy przybyli z innej jednostki na obiad w mesie i chwalili podawane tam jedzenie.

Amerykańscy żandarmi opracowali swoje sposoby na rozpoznawanie Niemców. Zatrzymywanym do kontroli zadawano pytania, na które odpowiedź znać mógł tylko Amerykanin. Pytano zatem o stolice poszczególnych stanów, o to, kto jest dziewczyną Myszki Miki, czy o to, kto jest pałkarzem New York Yankees. Pytano też o rozmiary koszul, czy butów – spodziewano się, że przyzwyczajeni do systemu metrycznego Niemcy zdradzą się. Kazano wymawiać typowo angielskie słowa, jak „wreath”, trudne dla Niemców. Do kontroli zatrzymywano każdego – słynny jest przypadek, gdy zatrzymano samego gen. Bradleya. Przesłuchujący go żołnierz zapytał o stolicę stanu Illinois. Generał odparł zgodnie z prawdą, że jest to miasto Springfield, tymczasem żandarm upierał się przy Chicago i aresztował generała. Po wyjaśnieniu nieporozumienia żołnierz poprosił Bradleya o autograf.

Kontrola brytyjskiego marszałka

Oberwało się też dowódcy brytyjskiej 21. Grupy Armii, marszałkowi Montgomery’emu. Pogromca Rommla wybrał się na inspekcję amerykańskich oddziałów, chcąc podnieść morale. Nie wiedział jednak o najnowszej plotce, wg której jeden z niemieckich komandosów miał być… jego sobowtórem. Kiedy marszałka zatrzymano do kontroli, ten nakazał kierowcy jechać dalej. Amerykanie przestrzelili opony samochodu i wywlekli marszałka.

Ten, rozwścieczony, zaczął grozić Amerykanom sądem wojennym. Jankesi, nie zważając na krzyki oburzonego oficera, zamknęli go w pobliskiej stodole i trzymali go do czasu, aż jeden z brytyjskich oficerów łącznikowych go rozpoznał i poświadczył, że to naprawdę jest brytyjski marszałek. Generał Eisenhower na wieść o tej historii roześmiał się do łez, mówiąc, że to najlepsza rzecz, jaka wyszła Skorzenemu. Sam generał po kilku dniach miał już dość odosobnienia, mówiąc gniewnie, że musi wyjść i ma gdzieś, jeśli ktoś będzie chciał go zabić.

otto skorzeny

Marszałek Montgomery. Fot. Domena publiczna

„Ofiarą” zatrzymań stał się też znany aktor, David Niven, służący w brytyjskiej armii. Przesłuchujący go żandarm zapytał o mistrzostwa baseballu z 1940 r. Niven odparł, że nie ma pojęcia, ale wie, że dwa lata wcześniej wystąpił w filmie ze znaną aktorką Ginger Rogers. Uspokojony żandarm odpowiedział: „Dobra, spadaj Dave, ale włóż jakieś porządne łachy, do cholery”.

Między Krzyżem Rycerskim i szubienicą

Sytuacja obfitowała zresztą w zabawne historie, także po drugiej stronie frontu. Członek jednej z grup komandosów zagubił się w zamieci na tyłach amerykańskich. Mając dość wojny zrzucił amerykański mundur, pod którym miał niemiecki i zaczął iść drogą. W oddali ujrzał dwuosobowy patrol amerykański i zaczął biec w jego stronę, krzycząc radośnie „Kamerad! Kamerad!” Kiedy znalazł się kilka metrów od Amerykanów, ostudził go głos mówiący płynną niemczyzną: „Aleś wpadł, idioto! My też jesteśmy z kompanii Stielau!” Inny zespół, pilnie potrzebując benzyny do Jeepa, zatrzymał się na amerykańskiej stacji benzynowej, a jego dowódca powiedział do obsługującego nalewak Amerykanina: „Petrol, please”. Amerykański żołnierz wybałuszył oczy i zawołał: „Co? Kim jesteście?!”. Komandosi, myśląc, że zostali zdekonspirowani ruszyli gazem, ale na oblodzonej drodze wpadli do rowu. Wyszli z podniesionymi rękami w górze, prosząc, by ich nie zabijać. Żołnierz, który obsługiwał nalewak, powiedział do nich: „W Ameryce nie mówi się petrol, tylko gas. I w całej US Army nie znajdziecie żołnierza, który powiedziałby >>proszę<<”.

Sytuacji niezbyt zabawnych również nie brakowało. Na każdym punkcie kontrolnym tworzyły się korki, bo kontrole były bardzo szczegółowe. Każda oznaka zniecierpliwienia mogła zostać zrozumiana jako przyznanie się do bycia szpiegiem. 20 grudnia nerwowy żandarm zastrzelił dwóch amerykańskich żołnierzy. 2 stycznia 1945 r. doszło do strzelaniny między oddziałami 6. Dywizji Pancernej, a 35. Dywizji Piechoty – obie jednostki uznały siebie nawzajem za dywersantów. Poległo dalszych dwóch żołnierzy. Niemieckich szpiegów szukano w Antwerpii, Brukseli,w Paryżu, a nawet w odległym Cherbourgu.

Starcia z komandosami 

W końcu zaczęto szukać Niemców bardziej przytomnie – zwracano uwagę, że komandosi podróżują po czterech w Jeepie, podczas gdy Amerykanie jeżdżą po trzech. Żandarmom nakazano przepytywać najpierw kierowców, bo zrozumiano, że ci najsłabiej mówią po angielsku. Często swoje podejrzenia snuli też cywile. Leon Willem z Xhoris wspominał: „Dostrzegłem amerykańskiego jeepa, jadącego po nasypie kolejowym. Siedziało w nim dwóch żołnierzy w amerykańskich mundurach, którzy zwrócili się do mnie w języku angielskim: Są gdzieś w okolicy amerykańscy żołnierze? Są dobrze uzbrojeni?
Natychmiast odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z niemieckimi żołnierzami, ponieważ wiedziałem o rozpoczętej krótko wcześniej ofensywie (…). Odpowiedziałem, że we wsi pełno jest bardzo dobrze uzbrojonych Amerykanów. Jeep natychmiast zawrócił (…)”.

Dochodziło zresztą do starć z komandosami. Jedna grupa utknęła w błocie, co wzbudziło zainteresowanie amerykańskiego żandarma. Ponieważ przedłużający się postój „Amerykanów” wzbudził zainteresowanie żandarma, jeden z Niemców zaczął do niego strzelać. Inny zespół przekroczył amerykańskie linie, ale zatrzymała go żandarmeria. Amerykanie kazali wysiąść Niemcom z wozu i zaczęli strzelać. W odpowiedzi jeden z komandosów otworzył ogień i zabił obu Amerykanów. Z kolei 22 grudnia dwie grupy rozmieściły się w okolicach… amerykańskiego sztabu w Cheneux. Zdołali oni nawet wysępić kilka papierosów od oficerów.

otto skorzeny

Jeńcy amerykańscy wzięci do niemieckiej niewoli podczas ofensywy w Ardenach. Fot. Bundesarchiv, Bild 183-J28589, Wikimedia Commons BY-SA 3.0 Germany

W pewnym momencie wzbudzili podejrzenie prawdziwego amerykańskiego sanitariusza, który zaczął ich wypytywać, po czym sięgnął po bazookę i w nich wymierzył, podejrzewając, że są oni niemieckimi szpiegami. W odpowiedzi na to, Niemcy zaczęli uciekać, porzucając Jeepy, a kilku innych Amerykanów strzeliło do jednego z nich, raniąc go w plecy. Prawdziwi Amerykanie, niezorientowani w sytuacji, rzucili się na sanitariusza, chcąc odebrać mu broń, zaś Niemcy szczęśliwie dobiegli do własnych linii.

Fiasko operacji

W związku z utratą efektu zaskoczenia, ostatni komandosi wyjechali za amerykańskie linie 19 grudnia, potem rozpoznanie przeprowadzano już tylko w niemieckich mundurach. Ostatnią operację w amerykańskich mundurach przeprowadzono 10 stycznia 1945 r. siłami trzech zespołów. Dwa z nich powróciły do swoich linii, trzeci wdał się w strzelaninę: „Amerykański sierżant zagadnął dowodzącego zespołem kapitana Schmitta. Gdy ten nie udzielił natychmiast odpowiedzi, tamten wskazał na stojący nieopodal budynek i wrzasnął: Pod ścianę, jesteście Niemcami! Speaker Schmitta próbował ratować sytuację: To Polak, on nie umie mówić po angielsku…, ale już padły strzały. Schmitt upadł”.

Skorzeny utrzymywał po wojnie, że złapano tylko ośmiu jego komandosów. Amerykanie twierdzili, że rozstrzelano 16, ale w liczbę tę dodaje się także złapanych żołnierzy, przydzielonych do 150. Brygady Pancernej, jak i innych niemieckich zwiadowców, schwytanych za liniami wroga. Wśród rozstrzelanych byli także wspomniani członkowie grupy kaprala Schmidta. Rozstrzelano ich 23 grudnia w Henri-Chapelle. Nie chcieli by zasłaniać im oczy. W ostatnim życzeniu poprosili, jako że był to czas przedświąteczny, o zaśpiewanie niemieckiej kolędy. Kilka niemieckich kobiet mocnym głosem zaśpiewało „Cichą noc”, gdy pluton egzekucyjny trwał w gotowości. Sami Amerykanie powiedzieli, że „musieli spuścić oczy, porażeni dziwnym pięknem tej chwili”. Wyrok wykonano.

Operacja „Greif” zakończyła się fiaskiem. Zmarnowano tylko kolejnych ludzi, sprzęt i środki, nie osiągnąwszy w zasadzie żadnych sukcesów militarnych. Sukces propagandowy był jednak bardzo duży, a niemieccy komandosi zostali unieśmiertelnieni w rozlicznych książkach, filmach i artykułach. Także w tym.

[Głosów:3    Średnia:4.7/5]
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.