Gang Skorzenego, czyli Niemcy w amerykańskich mundurach. CZĘŚĆ I

W niektórych przypadkach amerykańskim jeńcom udawało się odkryć, że ich towarzysze nie są bynajmniej Amerykanami. Brano ich za szpicli. Jeńcy zgłaszali później „samobójstwa” i ciała niedoszłych komandosów znajdowano powieszone pod sufitem baraku, czy utopione w latrynach…

Kompanię specjalną zorganizowano w czteroosobowe zespoły, podróżujące jeepami. Najlepiej mówiący po angielsku był „speakerem” i miał nosić najwyższy stopień amerykańskiej armii – najwyższy nadany to pułkownik. Dowódca zespołu najczęściej był kierowcą i miał się nie odzywać (wśród oficerów najrzadziej zdarzali się mówiący biegle po angielsku), ponadto w skład grupy wchodził „killer”, czyli żołnierz przeszkolony do cichego zabijania wrogów; oraz saper. Żołnierze, poza amerykańskimi mundurami, otrzymywali też całkiem solidne wyposażenie. Uzbrajano ich – poza amerykańskimi karabinami – w niemieckie pistolety z tłumikiem, granaty, ładunki wybuchowe w butelkach, otrzymywali też amunicję z trucizną i ampułki z cyjankiem, wyglądające jak zapalniczki. Ampułki mieli zażyć w przypadku złapania, zaś amunicji użyć w sytuacji podbramkowej.

Jednocześnie w Grafenwöhr trwało intensywne szkolenie wojskowe dla całej brygady. Dowodzący grupą bojową Y kapitan Scherf wspominał: „Dzienne i nocne ćwiczenia piechoty, takie jak: zdobycie i utrzymanie punktów umocnień, zakładanie min, zdobywanie i utrzymywanie mostów, zabezpieczanie ich lub innych podobnych obiektów, krótkie jazdy ćwiczebne, dokonywane podczas nocy itp. były celem moich ćwiczeń.”

Po sześciu tygodniach trudno powiedzieć, by jednostka była zgrana i gotowa do boju. Żołnierze nadal nie potrafili dobrze współpracować i brakowało im wyszkolenia. Niedoszkolonym komandosom zalecano, by w trakcie długiego przesłuchiwania uciekali w las przed Amerykanami. Skorzeny nadal martwił się stanem uzbrojenia, liczono, że uda się przejąć coś więcej już po rozpoczęciu ofensywy.

Niemcy przestępują do akcji

150. Brygadę Pancerną przydzielono do I. Korpusu Pancernego SS – szpicy ataku na północnym odcinku. Brygada, w osobnych grupach, miała posuwać się za oddziałami niemieckimi, a następnie wysunąć się naprzód i udawać amerykańską jednostkę, by zająć mosty na Mozie. 14 grudnia 1944 r. brygada znalazła się w rejonie Münstereifel, gdzie odseparowano od reszty kompanię komandosów. Kompanię porucznika Stielau podzielono na 11 zespołów i wysłano w rejon Mozy.

W sobotę 16 grudnia 1944 roku o 5:30 rozszalała się niemiecka artyleria na froncie o szerokości 130 kilometrów. Rozpoczęła się „Straż nad Renem” – niemieckie armie ruszyły przez Ardeny. W pierwszych godzinach ataku wydawało się, że „cud Führera” się ziścił. Na wielu odcinkach Amerykanie wycofywali się w panice, na innych Niemcy rozbijali opór. Ale nie wszędzie. Kampfgruppe „Peiper” – idąca na czele – ugrzęzła na ponad 12 godzin, zatrzymywana przez Amerykanów i pola minowe. Podobne problemy miała 12. Dywizja Pancerna SS „Hitlerjugend”. Cała ofensywa ugrzęzła w korkach, zdenerwowani oficerowie kazali spychać na bok popsute pojazdy, próbując udrożnić przejazd. Cała 150. Brygada stała bezczynnie, czekając na swoją rolę. Grupa „X” ugrzęzła razem z 12. Dywizją Pancerną SS na północy, a zastępca Skorzenego i dowódca zespołu „Z”, ppłk Hardieck zginął, wjeżdżając na minę.

otto skorzeny

SS-Sturmbannführer Otto Skorzeny po lewej; w centrum znajduje się SS-Untersturmführer Adrian von Fölkersam. Fot. Bundesarchiv, Bild 101I-680-8283A-30A / Faupel / CC-BY-SA 3.0

Po dwóch dniach Brygada otrzymała informację, że operacja „Greif” się nie odbędzie. W związku z tym, Skorzeny poprosił o przydzielenie brygady jako zwykłej jednostki bojowej. W związku z tym, zdecydowano, że 150. Brygada, siłami grupy „Y” i „Z” weźmie udział w ataku na Malmedy. Zespół „Y” miała atakować od południowego wschodu, zaś „Z” – od południowego zachodu. Skorzeny uważał, że miasto jest słabo obsadzone i jego zdobycie będzie dość łatwe. Na czele ataku mieli jechać mówiący po angielsku żołnierze, którzy mieli wprowadzić zamęt w szeregach Amerykanów. Dopiero wieczorem 20 grudnia zgromadzono oddziały w rejonie Ligneuville, na południe od Malmedy. Atak, mocno nieskoordynowany, rozpoczął się natarciem grupy „Y” w nocy 20 grudnia.

Amerykanie jednak wiedzieli o planowanym natarciu od przechwyconego jeńca. W rejonie znajdowały się mieszane amerykańskie oddziały w postaci 825. batalionu niszczycieli czołgów, 291. batalionu saperów, 99. batalionu piechoty, złożonego z Norwegów, oraz elementy dwóch pułków piechoty. Amerykańskie pozycje były umocnione i osłonięte polami minowymi, co więcej, obrońcy mogli liczyć na silne wsparcie artylerii.

150. Brygada nie wykonuje zadania

Posuwający się nocą, w dużym śniegu, na wąskiej drodze Niemcy wpadli pod huraganowy ostrzał artyleryjski. Ludzie padali zabici i ranni, kolejne pojazdy zostawały unieruchomione, bądź zniszczone. Oddział „Y” musiała się cofnąć, ale do walki wkroczyła grupa „Z”. Niemcy rozpaczliwie próbowali nacierać dalej (poprzedzali ich komandosi, którzy nawoływali do wycofania się), ale po dwóch godzinach musieli się wycofać, tracąc 11 pojazdów i 60 ludzi.

Wobec niepowodzenia ataku, następnego dnia zespół „Z”, przejęty przez kapitana Adriana von Foelkersama, został skierowana do ataku na obiekty położone bardziej na zachód od Malmedy – papiernię w Falize i most na rzeczce Warche. Natarcie rozpoczęło się o 4:30 21 grudnia… i zakończyło klęską. Posuwający się w ciszy niemieccy żołnierze zostali odkryci przez Amerykanów i z miejsca skierowano na nich ogień artylerii, dziesiątkując natarcie. Rozgoryczony von Foelkersam zdecydował się je powtórzyć po przybyciu czołgów.


CZYTAJ TAKŻE:


Do ataku skierowano cztery przerobione „Pantery” i zdobycznego Shermana, które poruszały się dwiema drogami, próbując oskrzydlić Amerykanów. „Pojazdy na czele natarcia najechały na kilka min i czaty zameldowały o zbliżającym się ataku. Nie trwało długo a na polu pojawiły się nieprzyjacielskie czołgi i piechota, zbliżając się w naszym kierunku. Posuwając się, strzelali do nas, głośno przy tym krzycząc. Ogień ze zdobytych amerykańskich czołgów oraz czołgów niemieckich opadał na nasze pozycje.”, tak opisywała walki kompania „B” 99. batalionu piechoty. Zacięte walki trwały trzy godziny. Niemcy atakowali jednak frontalnie, bez wyobraźni, wchodząc w amerykańskie pozycje, które ostrzeliwały ich z trzech stron. Wszystkie czołgi, które wzięły udział w ataku, zostały zniszczone, bądź unieruchomione przez amerykańskich żołnierzy z bazookami i miny.

„Na fabrykę nacierały nasze gwieździste czołgi. Widzieliśmy, jak zostały trafione jeden po drugim” – wspominał jeden z żołnierzy 150. Brygady. Później, kiedy opadła mgła, do walk włączyła się amerykańska artyleria, zadając Niemcom wielkie straty. „Cała dolina przedstawiała straszny widok” – wspominała wówczas 21-letnia Belgijka, Simone Oudart – „Wszystko zniszczone, leżący na ziemi zabici żołnierze, zniszczone oraz spalone czołgi”. Niemcy ponieśli straszną klęskę i musieli się wycofać, tracąc 100 zabitych i 350 rannych.

Kres przetrzebionej 150. Brygady nadszedł niedługo później – wieczorem 21 grudnia został ranny w twarz sam Skorzeny. Na tyle ciężko, że dowództwo jednostki przejął ppłk Wulf, dowódca grupy bojowej „X”. Brygada poniosła duże straty i została rozwiązana 28 grudnia 1944 roku, a jej miejsce zajęła 18. Dywizja Grenadierów.


Zdjęcie główne: Otto Skorzeny na Pomorzu, styczeń 1945. Fot. Bundesarchiv, Bild 183-R81453 / CC-BY-SA 3.0

[Głosów:2    Średnia:5/5]
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.