Gang Skorzenego, czyli Niemcy w amerykańskich mundurach. CZĘŚĆ I

W wielu filmach poświęconych ofensywie w Ardenach pojawiają się postaci niemieckich komandosów przebranych w amerykańskie mundury. Jako żandarmi próbowali zabić już Colina Farrella w filmie „Wojna Harta” i Henry’ego Fondę w filmie „Bitwa o Ardeny”. Czy filmowa rzeczywistość odpowiadała jednak choć trochę prawdzie?


Historia podstępów wojennych i przebierania się w mundury wroga jest stara niemal jak człowiek. Wszak pierwszym takim pomysłem był słynny koń trojański z „Iliady” Homera, za pomocą którego sprytni Grecy dostali się do wnętrza obleganej przez siebie Troi. Na przestrzeni wieków pojawiały się rozmaite fortele wojenne. Dość powiedzieć, że bardzo popularnym było używanie przez okręty wojenne bander wroga, lub państw neutralnych. Podczas II wojny światowej również nie brakowało takich akcji, że wystarczy wspomnieć choćby działania niemieckich komandosów w Holandii w 1940 roku, czy ich brytyjskich odpowiedników. Obie strony korzystały z takich możliwości, czerpiąc z dość niejasnych zapisów Konwencji Haskiej.

Latem 1944 roku III Rzesza chwiała się w posadach. Sowieci przeprowadzili potężną ofensywę na terenach dzisiejszej Białorusi i Państw Bałtyckich, zmiatając niemiecką Grupę Armii „Środek”. Alianci wylądowali w Normandii i parli ku granicy Niemiec. Na początku września 1944 roku Brytyjczykom udało się uchwycić Antwerpię – miasto bardzo istotne ze względu na możliwość dostaw zaopatrzenia drogą morską. W tym też okresie Hitler, rozumiejąc wagę Antwerpii, jak i bliskość frontu – w końcu Alianci już stali nad granicą Niemiec – nakazał przygotowanie operacji kontrofensywnej w rejonie belgijskich Ardenów. Region ten został wykorzystany przez Niemców z dużym sukcesem cztery lata wcześniej podczas Kampanii Francuskiej.

Zadanie dla komandosa

Podobnie jak w 1940 roku, i tym razem niemieckie zagony pancerne mieli wesprzeć komandosi. 22 października 1944 roku Hitler wezwał do Wilczego Szańca koło Kętrzyna majora SS, Ottona Skorzenyego. Wysoki, z blizną na policzku oficer był ulubieńcem Führera. Otaczał go nimb sławy, a Winston Churchill określał go jako „najbardziej niebezpiecznego człowieka Europy”. Był kimś, kogo można określić jako „człowiek do zadań specjalnych”. W 1943 roku dowodził operacją uwolnienia włoskiego dyktatora Benito Mussoliniego, zaś w październiku 1944 roku przeprowadził operację porwania syna regenta Węgier, Miklosa Horthy’ego oraz zamach stanu na Węgrzech.

„To najprawdopodobniej najważniejsze zadanie w pańskim życiu” –  powiedział Führer i przeszedł do opisywania szczegółów. Zadaniem Skorzenego było sformowanie jednostki specjalnej, która miała zająć mosty na Mozie i następnie przeprowadzać dywersję na tyłach. Rzecz jasna – żołnierze mieli udawać Amerykanów. Czas na sformowanie liczącej 3300 żołnierzy brygady – maksymalnie sześć tygodni. Skorzeny miał na początku spore wątpliwości natury prawnej – obawiał się, że takie wykorzystanie jednostek może zostać potraktowane jako złamanie Konwencji Haskiej. Zasięgnął nawet rady w sztabie, gdzie polecono mu, by żołnierze nosili niemieckie mundury pod spodem, a na wierzch zakładali amerykańskie i w razie walki mieli zdjąć amerykańskie przebranie.

Hasło: Rabenhügel!

Kilka dni później do sztabu Grupy Armii „B”, dowodzonej przez feldmarszałka Walthera Modela, wpłynął rozkaz wyselekcjonowania żołnierzy mówiących po angielsku. Żołnierze mieli pochodzić ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych i być kierowani do obozu szkoleniowego we Friedenthal. Jednocześnie, zgłoszono zapotrzebowanie na alianckie pojazdy: 15 czołgów, 20 samochodów pancernych, 20 dział samobieżnych, 100 jeepów, 40 motocykli i 120 ciężarówek. Oraz jak największą liczbę mundurów. Cały sprzęt miał być z kolei kierowany do Grafenwöhr w Bawarii.

Otto Skorzeny. Fot. Alber, Kurt [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Zapotrzebowanie jednostek swoje, rzeczywistość swoje. Do końca listopada do obozu szkoleniowego zgłosiło się 2500 kandydatów, podając hasło „Rabenhügel”. Zaledwie 400 mówiło po angielsku. Tych podzielono na grupy i sytuacja stała się jeszcze bardziej niewesoła: zaledwie dziesięciu mówiło biegle po angielsku z amerykańskim akcentem, a dalszych 40 – z akcentem brytyjskim. Ci w większości byli marynarzami i znali język z licznych podróży. Pozostali mówili poprawnie, z wyraźnym akcentem, albo znali język fragmentarycznie. W dodatku cała ta zbieranina pochodziła z różnych formacji i rodzajów broni, co jeszcze bardziej komplikowało kwestie współdziałania.

Wszystkich przybyłych natychmiast odizolowano od świata zewnętrznego, zabrano im książeczki wojskowe i zakazano zdradzać komukolwiek szczegóły. Tajemnica była tak wielka, że chorych nie odsyłano do szpitali, tylko leczono w obozie, podając końskie dawki leków, a jednego żołnierza rozstrzelano za zbyt szczegółowy opis obozu w liście do domu.

Przerabianie pojazdów

Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja ze sprzętem. Niemcom z trudem udało się znaleźć dwa czołgi typu Sherman, cztery wozy rozpoznawcze, 10 samochodów pancernych, 30 Jeepów i 15 ciężarówek. W dodatku spora część sprzętu była niesprawna, psuła się i brakowało do nich części zamiennych. Do Grafenwöhr ściągnięto nawet pojazdy polskie i radzieckie, bo dowódcom jednostek nie powiedziano o tym, jaki sprzęt mają oddelegować. Ponadto, jak podejrzewał Skorzeny wśród niemieckich jednostek frontowych na pewno liczba amerykańskich pojazdów była wyższa, tylko dowódcy nie chcieli się dzielić swoimi zasobami. Niemcy, rozpaczliwie poszukując pojazdów, przeszukali nawet wystawy sprzętu zdobycznego m.in. w Berlinie. Oczywistym jednak się stało, że niemożliwe jest uzbrojenie jednostki wg etatów. Sam Skorzeny wspominał później: „Na dzień przed rozpoczęciem ofensywy byliśmy dumnymi posiadaczami całych dwóch czołgów typu Sherman.”

Sięgnięto zatem po inny rodzaj fortelu – upodobnianie pojazdów do wrogich. W tym celu pięć czołgów typu Panther przebudowano, obudowując wieże blachą, co upodabniało je do amerykańskich niszczycieli czołgów typu M10 Wolverine. Z czołgów zdemontowano też wieże obserwacyjne dla dowódców, montując w zamian lornety nożycowe. Dodatkowo, do jednostki sprowadzono pięć dział szturmowych oraz po sześć samochodów pancernych i transporterów opancerzonych plus 178 niemieckich samochodów – w tym ciężarówki wyprodukowane w kolońskich zakładach Forda.

Wszystkie pojazdy przemalowano na standardowy amerykański kolor oliwkowy i oznaczono białymi gwiazdami. Jeśli sytuacja z pojazdami przedstawiała się źle, to kwestie uzbrojenia osobistego i umundurowania wypadały wręcz tragicznie. Karabinów starczyło tylko dla połowy żołnierzy, dramatycznie brakowało amunicji amerykańskiej – a część, którą mieli Niemcy, wybuchła w transporcie. Mundury z kolei trafiały na chybił trafił. Najpierw przysłano mundury brytyjskie, które odrzucono. Później trafiły mundury już właściwe, amerykańskie – ale z obozów jenieckich, które były oznakowane wielkimi trójkątami jeńców wojennych. Następnie trafiły mundury poplamione krwią, które wyglądały, jakby ktoś je zdejmował z poległych… Skorzeny wspominał, że dla niego samego, dowódcy jednostki znalazł się wyłącznie amerykański sweter. Żeby zdobyć odpowiednie mundury zabierano je często jeńcom i okradano paczki Czerwonego Krzyża.

“Milcząca jednostka”

Wobec rosnących trudności, zdecydowano się szybko zmienić etaty jednostki. Zamiast trzech batalionów użyto dwóch batalionów strzelców spadochronowych (w tym 600. batalionem spadochronowym SS), kompanii pancernej, kompanii łączności, oraz dodatkowych żołnierzy z innych formacji. 150. Brygadę podzielono na trzy grupy bojowe – X, Y i Z, oraz utworzono tzw. kompanię specjalną. Zdecydowano się, że jedyną jednostką w pełni wyposażoną w amerykański sprzęt ma być właśnie kompania specjalna, dla której znaleziono wreszcie odpowiednie mundury. Reszta brygady miała korzystać z tego, co pozostanie i pełnić rolę „milczącej jednostki”. Co prawda, żołnierzy brygady wysłano na krótkie kursy językowe, ale trwały one tylko 8 dni, więc nie nauczono ich przez ten czas zbyt wiele. Koniec końców, żołnierze 150. Brygady nosili mieszaninę umundurowania, np. amerykańskie buty i kurtki do niemieckich spodni i czapek.


POLECAMY KSIĄŻKĘ:

niemieccy komandosi


Kompanią specjalną miał dowodzić kawaler Krzyża Rycerskiego, porucznik Ernst Stielau. Jeden z żołnierzy wspominał przybycie do Grafenwöhr:

„Wraz z żołnierzami o najróżniejszej randze, pochodzącymi z najróżniejszych rodzajów wojsk, wśród nich strzelcy spadochronowi, ludzie z SS z opaskami dywizji Wiking na ramieniu, a nawet jeden kucharz okrętowy z Kriegsmarine. Wszyscy są milczący. Nikt nie ufa nikomu. (…) Na krótko potem wyłonił się duży, barczysty porucznik i zaczął zmierzać w ich kierunku. Jego twarz z haczykowatym nosem wygląda, jakby należał do nałogowych palaczy. Na szyi połyskuje Krzyż Rycerski. Przedstawia się jako Stielau, dowódca kompanii językowej.”

Do kompanii porucznika Stielau (nazywanej „Einheit Stielau”) kierowano żołnierzy, którzy najlepiej znali język angielski. Ich zadaniem miało być przeniknięcie na amerykańskie tyły i organizowanie dywersji. Instruktorami byli żołnierze, którzy mieszkali w Ameryce. We Friedenthal zorganizowano „szkołę amerykańską”, w której żołnierzy uczono amerykańskich nawyków i oduczano tego, czym nasiąkł przez wieki niemiecki żołnierz: dyscypliny. Zabraniano stukać obcasami na widok oficera i prężyć się na baczność, nakazywano chodzić z rękami w kieszeniach. Uczono, jak otwierać paczki papierosów, przeklinać i żuć gumę. Puszczano amerykańskie filmy, zwłaszcza wojenne. Dawano amerykańskie książki.

Intensywne szkolenie

Na początku listopada 1944 roku żołnierzy rozdysponowano po obozach jenieckich, gdzie znajdowali się Amerykanie. „Od tego czasu musieliśmy nosić amerykańskie mundury. Cały czas mówiło się po angielsku. 2 listopada pojechaliśmy do obozu amerykańskich jeńców w Dietzunderland. Rozmawialiśmy z amerykańskimi żołnierzami z tegoż obozu oraz z amerykańskimi oficerami. Powiedziano nam, że musimy prowadzić konwersacje z Amerykanami, by uczyć się amerykańskiego akcentu.” – wspominał dowódca jednego zespołu, porucznik Schilz.

[Głosów:2    Średnia:5/5]
Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.