Dokonali niemożliwego! Brawurowa ucieczka, po której Niemcy zamknęli obóz zagłady

Akcja była dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Pomimo ogromnej skali ryzyka nieuzbrojonym więźniom udało się przechytrzyć strażników i uciec z pilnie strzeżonego obozu zagłady. Fragment książki Andrzeja Fedorowicza “Słynne ucieczki Polaków”.

Jego zadaniem było grabienie „drogi do nieba”, piaszczystej alejki prowadzącej do komór gazowych. Codziennie widział na niej setki odciśniętych stóp. Były ostatnim śladem po ludziach, którzy zniknęli na zawsze, zagazowani i spaleni w krematoryjnych piecach. Odciski dużych stóp dorosłych i małe ślady dziecięcych nóżek. Pojedyncze ślady nóg kalek podtrzymywanych przez przyjaciół.

Długie ślady pozostawione przez tych, którzy po transporcie do obozu nie mieli siły iść sami i teraz ciągnięto ich po piachu. Grabiąc tę „drogę do nieba”, zauważył wdeptane w piasek różnokolorowe papierki. Zaczął je zbierać; to były pieniądze: sowieckie ruble, amerykańskie dolary, holenderskie guldeny, francuskie franki… Ci, którzy je tu porzucili, w ostatnim geście oporu wdeptywali je w piach, by nie wpadły w ręce Niemców. Nie mieli już złudzeń, co ich czeka za bramą Lagru III.

Szesnastoletni Tomasz, czyli po żydowsku Teivi Blatt, był w obozie już kilka miesięcy. Trafił tu pod koniec kwietnia 1943 roku w ostatnim transporcie z getta w Izbicy. Jego matka i młodszy brat zostali od razu wysłani do gazu. On i ojciec pozostali przy życiu, by pracować. Chłopak wiedział doskonale, co dzieje się w Sobiborze. Chociaż za bramę Lagru III nie miał prawa zajrzeć pod groźbą śmierci żaden z pozostawionych przy życiu więźniów.

Pierwsze próby ucieczki

Tomasz pracował najpierw po dziewięć godzin dziennie przy sortowaniu ubrań, potem przy paleniu dokumentów, a teraz tu, grabiąc „drogę do nieba”. To były setki i tysiące ludzi mordowanych każdego dnia. I każdego dnia myślał o tym, jak uciec z tego piekła.

Ucieczki z Sobiboru początkowo nie były rzadkością. Już po kilku dniach od trafienia za druty obozu Tomasz razem z innymi więźniami został wywołany na karny apel. Okazało się, że poprzedniej nocy uciekli, przecinając druty, Josel Pelc z Tyszowiec i jakiś murarz z Chełma. Teraz za ich ucieczkę z każdej grupy więźniów miało zostać zabitych dwóch jeńców wybranych przez Niemców. Teivi czuł paraliżujący, zwierzęcy strach, gdy esesman z długą szpicrutą chodził wzdłuż szeregu, wybierając tych przeznaczonych na stracenie. Kogo dotknął batem, ten był już martwy. Ale gdzieś oprócz tego strachu chłopak czuł też wielką zazdrość wobec tych, którzy uciekli. Wielu płaciło teraz za to śmiercią, ale świadomość, że wolność jest możliwa, podtrzymywała na duchu pozostałych.

Innym razem uciekło kilku więźniów z pracującego w lesie Waldkommando. Jednego z nich, rówieśnika Tomasza noszącego to samo nazwisko co on, esesmani zachłostali na śmierć. Chłopak błagał o strzał, który zakończyłby jego życie, ale niemieccy i ukraińscy sadyści nie zamierzali spełnić jego życzenia. To miało być ostrzeżenie dla pozostałych – zobaczcie, co was czeka, jeśli spróbujecie. Jednocześnie zwiększono środki bezpieczeństwa. Za trzema rzędami drutów kolczastych wokół obozu powstało szerokie na piętnaście metrów pole minowe. Kilka razy miny wybuchały, alarmując strażników.

***

Obozowa konspiracja

Z obozu zagłady można się było wydostać, tylko organizując zbiorowy bunt. Zaczęła tworzyć się konspiracja, której przywódcą został trzydziestotrzyletni Leon  Feldhendler z Żółkiewki, przed wojną handlarz zbożem oraz właściciel tartaku, w czasie okupacji prezes Judenratu – rady żydowskiej w tym mieście. Wtajemniczonych przybywało, jednak nikt nie wiedział, jak zorganizować bunt.

Żydowscy więźniowie Sobiboru, przywiezieni tu z gett znajdujących się na terenie dystryktu lubelskiego, nie mieli doświadczenia wojskowego. Byli rzemieślnikami, przedsiębiorcami, urzędnikami – nie żołnierzami. Jednak w drugiej części obozu przebywali od sierpnia 1942 roku więźniowie przywiezieni z getta w Mińsku. Wśród nich, jak głosiła fama, znajdowało się kilku doświadczonych oficerów i żołnierzy Armii Czerwonej wziętych do niewoli przez Wehrmacht, ale później z powodu żydowskiego pochodzenia wysłanych do obozu śmierci. Przywódcą grupy był trzydziestoczteroletni porucznik z Rostowa nad Donem, rosyjski Żyd Sasza Peczerski.

Pod koniec lata 1943 roku obie grupy konspiratorów nawiązały bliskie kontakty. Pośredniczył w nich także Tomasz Blatt, któremu do pomocy przy paleniu coraz większej liczby dokumentów z holenderskich transportów przysłano Saszę Szubajewa, jak się okazało, zaufanego człowieka Peczerskiego. Aby obie grupy nawiązały współpracę, trzeba było pokonać nie tylko barierę językową, ale także ogromną barierę wzajemnej nieufności. Peczerski i jego ludzie byli komunistami z doświadczeniem walki z Niemcami. Polscy Żydzi z Izbicy i innych gett byli dla nich drobnomieszczańskimi cywilami bez żadnego bojowego doświadczenia albo wręcz kapitalistami, którym nie należało ufać.

Z kolei ludzie tacy jak Leon Feldhendler mieli swoje powody, by nie ufać komunistom. Pamiętali, jak po 17 września 1939 roku i wejściu Armii Czerwonej do wschodnich województw Rzeczypospolitej należące do Żydów przedsiębiorstwa i sklepy zostały od razu upaństwowione. Dlatego Leon postanowił przedstawić się Peczerskiemu jako krawiec Boruch. Doszło do pierwszych kontaktów na najwyższym szczeblu. „Nie liczcie na to, że wyzwolą was tu partyzanci. Oni mają swoje rozkazy. Naszej roboty nikt za nas nie zrobi” – te słowa Peczerskiego, które padły na spotkaniu z Feldhendlerem, zrobiły  wielkie wrażenie wśród więźniów. Stało się jasne, że chodzi o zbrojny bunt, taki jak w warszawskim getcie, o którym Tomasz zdążył jeszcze usłyszeć, nim zabrano go z rodziną i sąsiadami z Izbicy.

***

Plan ucieczki

Obóz w Sobiborze ruszył w maju 1942 roku, w czasie gdy pierwszy z niemieckich obozów zagłady w Bełżcu przechodził rozbudowę. Trzy z  sześciu największych takich jednostek – Bełżec, Sobibór i Majdanek – zbudowano właśnie na terenie „lubelskiego rezerwatu dla Żydów”. Stąd było też blisko do gęsto zamieszkałych przez ludność żydowską terenów na wschodzie, aż po Lwów i Mińsk. Transport z Izbicy był już jednym z ostatnich z terenów polskich; potem do Sobiboru zaczęli trafiać niemal wyłącznie Żydzi z Holandii, Francji i Związku Radzieckiego. 28 kwietnia 1943 roku rodzina Blattów widziała się po raz ostatni.

REDAKCJA

Co Za Historia - nowoczesny portal historyczny. Udowadniamy, że przeszłość jest ciekawa!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.