Bitwa pod Anzio. Starcie, w którym poległ ojciec lidera Pink Floyd

Co łączy Roberta Mitchuma i zespół Pink Floyd? Poza sławą i pieniędzmi połączyło ich jeszcze jedno. Niewielkie miasteczko we Włoszech, tuż nad wybrzeżem Morza Tyrreńskiego, 60 kilometrów od Rzymu i pewna bitwa z czasów II wojny światowej.


Wielu Czytelników z pewnością zna zespół Pink Floyd – któż bowiem nie słyszał ich szlagierowego utworu “Another brick in the wall”? Z kolei Roberta Mitchuma zna każdy miłośnik starego kina – od westernów, poprzez filmy wojenne, po dramaty i noir. Zespół i znanego aktora łączyło jeszcze jedno – leżące we Włoszech miasteczko Anzio. Ojciec Rodgera Watersa, basisty i wokalisty Pink Floyd, Eric Waters, poległ 18 lutego 1944 roku podczas walk pod Anzio. Syn zadedykował mu słynny album “Final Cut” z 1983 r. Natomiast Robert Mitchum wśród swoich 100 ról jedną odegrał jako korespondent wojenny we włoskim filmie “Bitwa o Anzio” z 1968 roku. Film był wielokrotnie emitowany nawet w czasach Polski Ludowej i zapewne jest znany sporej części Czytelników.

Leżące na wybrzeżu Anzio to spokojne dziś miasteczko. Tak jak przed wiekami, tak i dzisiaj jest to miejscowość wypoczynkowa. Urodzili się tutaj dwaj najsłynniejsi ekscentrycy starożytnego Rzymu – Neron i Kaligula. Wyjątkowa malowniczość okolicy od zawsze ściągała możnych tego świata: bogatych rzymskich patrycjuszy do Frascati, zaś papieży – do Castel Gandolfo, do dzisiaj będącego letnią rezydencją następców św. Piotra. Znaleziono tutaj wiele cennych dzieł sztuki, jak najsłynniejszy posąg Apolla. Samo miasto leży w czymś w rodzaju ogromnej areny otwartej w kierunku morza i otoczonej na południu Górami Lepińskimi, zaś na północy Wzgórzami Albańskimi.

Bliżej morza znajdują się tereny dawnych Błot Pontyjskich, malarycznych nieużytków, osuszonych przez rząd Mussoliniego w latach 30. Na miejscu podmokłych i cuchnących bagien wybudowano wiele nowoczesnych, murowanych osiedli mieszkaniowych, z których miażdżąca większość zamieszkana jest do dziś. Osiedla posiadały własne kina, kościoły, ratusze, sklepy, ośrodki zdrowia, garaże i nieodzowną siedzibą komitetu partii faszystowskiej. Mimo wysiłków i wybudowania Kanału Mussoliniego, rejon nadal pozostawał podmokły.

Kampania włoska

Jednak to spokojne, malownicze miejsce w początkach roku 1944 stało się istotnie areną. Areną krwawej bitwy i olbrzymich kontrowersji, trwających aż po dziś dzień. Jesienią 1943 roku Aliantom udało się dokonać inwazji na Półwysep Apeniński, co doprowadziło do kapitulacji Włoch i wyeliminowało je z wojny. Desanty w Kalabrii, Tarencie i Salerno na końcu włoskiego „buta” mimo iż udane, okupione były dość wysokimi stratami. Pod Salerno Amerykanów od klęski wybawiła pomoc ze strony generała Montgomery’ego. Mimo pierwotnych planów, nie udało się też dotrzeć do Rzymu.

Niemcy okopali się na silnie umocnionej Linii Gustawa z centralnym punktem obrony na masywie Monte Cassino, ryglując dalszy marsz Aliantów na północ. Linia przebiegała w najwęższym miejscu Półwyspu w dodatku teren wyjątkowo sprzyjał obrońcom, aniżeli atakującym. Marszałek Albert Kesselring, który objął dowodzenie w listopadzie 1943 r. nad 10. Armią we Włoszech, obiecał Hitlerowi utrzymanie tej linii przez przynajmniej sześć miesięcy. Stało się oczywiste, że kontynuowanie natarcia wzdłuż wąskiego półwyspu oznaczało konieczność powolnego i krwawego przełamywania kolejnych pozycji umocnionych, a w dodatku niwelowało aliancką przewagę techniczną.

bitwa pod anzio

Linia Gustawa (kolor czerwony). Fot. Stephen Kirrage [CC BY-SA 2.5], Wikimedia Commons.

Alianci jednak uparcie kontynuowali operacje we Włoszech. Stało się to za sprawą premiera Wlk. Brytanii, Winstona Churchilla, który uważał basen Morza Śródziemnego za „miękkie podbrzusze Europy”. Podstawą tego osądu były długoletnie wpływy Wlk. Brytanii na Bałkanach, zaś liczne wyspy i półwyspy pozwalały wykorzystać główny atut Brytyjczyków, czyli ich flotę. Amerykanie pozostawali sceptyczni i obsesyjnie uważali, że najważniejszym celem jest desant we Francji. Brytyjczycy byli bardziej powściągliwi, wiedząc, że dotychczasowe operacje desantowe w wykonaniu Amerykanów nieomal kończyły się katastrofą.

Churchill zdołał przekonać prezydenta Roosevelta do kontynuowania działań we Włoszech Wizja zdobycia Rzymu była bardzo kusząca, zwłaszcza od strony propagandowej. By jednak było to możliwe, należało przełamać lub obejść niemieckie pozycje obronne. Zwłaszcza druga opcja była bardzo korzystna, gdyż wysadzenie desantu bezpośrednio za Linią Gustawa mogło zagrozić zarówno Rzymowi, jak i odciąć drogę odwrotu niemieckiej 10. Armii. W związku z tym, dowódca amerykańskiej 5. Armii, gen. Mark Clark, polecił sprawdzić swoim sztabowcom możliwość przeprowadzenia desantu na niemieckich tyłach. 

Operacja Shingle

Wybór padł na rejon Anzio-Nettuno ze względu na piaszczyste plaże, ułatwiające wyładunek wojsk, istnienie portu rybackiego i sporą liczbę wygodnych dróg, prowadzących do samego Rzymu – w tym słynną starożytną Via Appia.

Generał Clark był bardzo ambitnym oficerem i zdolnym planistą, co jednak nie przekładało się na jego zdolności dowódcze. Jego marzeniem było zdobycie Rzymu i zapisanie się na kartach historii. Był bardzo odważny, jednak przy tym próżny, pogardliwy i zarozumiały. Znany był z otaczania siebie wianuszkiem dziennikarzy i reporterów. Jego pierwszą operacją było lądowanie pod Salerno, gdzie chwalono jego osobistą odwagę (był na pierwszej linii walk), ale to przez jego decyzje desant nieomal zakończył się katastrofą.

bitwa pod anzio

Generał Mark Wayne Clark.  Fot. Wikimedia Commons (domena publiczna). 

Plan operacji, nazwany „Shingle” został zatwierdzony 25 listopada 1943 r. Desant miał obejmować siły jednej dywizji i jego zadanie było pomocnicze – główny ciężar miał spoczywać na 5. Armii, atakującej zachodnią część Włoch, zaś siły desantowe miały tylko przeciąć drogę odwrotu Niemcom i połączyć się z nacierającymi. Jednak zimowa aura i problemy logistyczne znacznie spowolniły planowanie, a później jej odwołanie. W grudniu generał Clark zasugerował dowodzącemu we Włoszech siłami alianckimi brytyjskiemu generałowi Alexandrowi, że powodzenie desantu zależy od pełnej samodzielności sił desantowych i zdobycia Gór Albańskich. Z początkowej liczby 35 tys. ludzi siły zwiększono aż do 110 tys. i 5 tys. pojazdów.

W pierwszym rzucie lądować miały: brytyjska 1. Dywizja Piechoty na lewym skrzydle i amerykańska 3. DP na prawym. Siły te miały zostać wzmocnione trzema batalionami amerykańskich rangersów (uformowanych w 6615. pułk), brytyjską brygadą specjalnego przeznaczenia złożoną z 9. i 43. batalionów komandosów oraz amerykańskimi spadochroniarzami: 509. batalionem i 504. pułkiem. W odwodzie pozostawały jednostki amerykańskie: pułk z 45. DP i dwie grupy bojowe z 1. Dywizji Pancernej. Do przerzutu wojsk wyznaczono aż 374 jednostki pływające, głównie amerykańskie i brytyjskie, ale znalazły się tam i dwa polskie statki: S/S „Sobieski” i „Narwik”. Osłonę zapewniało 5 krążowników, 24 niszczyciele i 60 innych okrętów wojennych. Osłonę z powietrza zapewniało osiem dywizjonów myśliwskich i siedem dywizjonów bombowych, a w razie potrzeby wsparcia mogły udzielić wszystkie alianckie samoloty we Włoszech – 2600 maszyn.

Dezinformacja

Lotnictwo zresztą nie próżnowało – w 20 dni wykonało blisko 23 tys. lotów, atakując niemieckie linie komunikacyjne, lotniska (lotnisko w Perugii zostało tak uszkodzone, że żaden samolot nie mógł z niego wystartować) i port w Civitavecchia, bardziej na północ. Miało to Niemców przekonać, że desant odbędzie się tam. Dezinformacja przebiegała też na morzu – w portach Sardynii zgromadzono dużą ilość jednostek pływających, by zmylić niemieckich szpiegów, tam też zaczęła działać amerykańska radiostacja dalekiego zasięgu. Jednocześnie przeprowadzano ćwiczenia desantowe, a dla rangersów wybudowano nawet makietę miasteczka Anzio, by nie stracili orientacji w terenie.

Operacja „Shingle” miała zostać przeprowadzona równocześnie z natarciem na niemieckie pozycje pod Monte Cassino. Miało to zapobiec przerzutowi wojsk niemieckich w rejon desantu. Plan ten przebiegł zgodnie z planem – 18 stycznia brytyjski X. Korpus i amerykański II. Korpus oraz Francuski Korpus Ekspedycyjny uderzyły na niemieckie linie w rejonie rzek Rapido i Garigliano. Mimo że postępy były stosunkowo niewielkie, a straty bardzo wysokie (co później przyczyniło się do nienawiści względem generała Clarka), to zacięte walki trwały nadal, uniemożliwiając Niemcom wycofanie jednostek na tyły.
Siły alianckie pod Anzio zostały zgromadzone w VI. Korpus. Tym dowodzić miał niejaki John Lucas – i był to chyba najgorszy możliwy wybór na dowódcę.

Niewysoki, przedwcześnie posiwiały, o flegmatycznym sposobie mówienia tak z wyglądu, jak i z zachowania przypominał żółwia. Wyglądał bardziej jak podstarzały urzędnik, niż oficer armii. Aż do wiosny 1943 roku dowodził jedną ze stacjonujących w USA dywizji i przybył jako wysłannik generała Marshalla, szefa Komitetu Połączonych Sztabów. Miał raczej mizerne doświadczenie bojowe, objął dowództwo bowiem na skutek przypadku jesienią 1943 r. i nie zapisał się niczym szczególnym. Jednak był z niezrozumiałych powodów wysoko oceniany przez innych oficerów i nawet rozważano oddanie mu dowództwa 5. Armii na miejsce Clarka. Pod Anzio był jednak jego podwładnym. Lucas od początku nie ukrywał swojej niechęci do operacji desantowej i część brytyjskich oficerów jeszcze przed lądowaniem apelowała o usunięcie go z dowództwa. Jak miała pokazać przyszłość – słusznie.

Początek operacji

Noc 22 stycznia 1944 roku na wybrzeżu Lacjum była bardzo cicha i pogodna. O 1:50 rozjaśniała jednak setkami eksplozji. Z ciemnych punktów na morzu pomknęły ku plaży setki świetlnych punkcików. Armada desantowa rozpoczęła ostrzał, mający przygnieść Niemców do ziemi i zniszczyć pola minowe oraz zasieki. Po dziesięciu minutach ku brzegowi ruszyły setki barek desantowych i amfibii, lądując niemal w zupełnej ciszy. Ze strony brzegu nie padł nawet jeden strzał. Miny zostały uprzednio wytrałowane, a odcinki lądowań rozgraniczone. Na plażach saperzy szybko wzięli się do rozbrajania min, wytyczając przejścia, zaś siły marynarki przystąpili do oczyszczania i udrażniania zrujnowanego portu Anzio.

Nad stojącymi na redzie statkami rozwinięto balony zaporowe, by utrudnić ataki Niemców. Lądujący chcieli jak najszybciej połączyć obie strefy desantu, co udało się już o 9 rano. Okolica wydawała się być opuszczona przez Niemców i gdy wstał blady styczniowy świt ukazał widok jak z pokojowych ćwiczeń: spokojny rozładunek sprzętu, tworzenie szkieletu obrony, rozminowanie terenu i kolumienki piechoty, maszerujące spokojnie w stronę otaczających plażę wzgórz. Ciągle wszyscy zadawali sobie jedno pytanie: gdzie są Niemcy?

A Niemców… praktycznie tam nie było. Niemcy liczyli się z desantem na wybrzeże i trzymali swoje warty w stanie alarmu i opracowali plan „Richard”, dotyczący szybkiej mobilizacji kolumn samochodowych do przerzutu wojsk, składy paliw i trasy marszruty. Jednak szef Abwehry, admirał Wilhem Canaris, zwiedziony dezinformacją, zapewnił marszałka Kesselringa, że desantu nie należy spodziewać się w najbliższych dniach. Niemcy też nie spodziewali się, że desant zostanie przeprowadzony równolegle z atakiem w dolinie Garigliano. W związku z tym alarm odwołano i wartownicy, znużeni wielodniowym czekaniem, mogli się wreszcie przespać. Obudziły ich dopiero krzyki po angielsku i lufy wycelowanych w nich karabinów.

Rozbudowa przyczółka

W dniu desantu niemieckie siły w rejonie były więcej niż skromne i liczyły może tysiąc żołnierzy. Było to śmiesznie mało, biorąc pod uwagę, że VI. Korpus do końca 22 stycznia zdołał wyładować 36 tys. żołnierzy i 3 tys. pojazdów. Niektórym niemieckim posterunkom udało się przekazać informację o desancie już o 3 w nocy, zaś o 5 rano powiadomiono marszałka Kesselringa. „Uśmiechnięty Albert” jak go nazywano, natychmiast podjął konkretne działania i wszystkim dostępnym jednostkom – 4. Dywizji Spadochronowej i dywizji Hermann Goering – przerzut w rejon desantu oraz wdrożył plan „Richard”. Niemcy uruchomili wszystkie możliwe rezerwy, co było jednak dość trudne ze względu na zniszczenia linii komunikacyjnych i trwające ciężkie walki.

Na korzyść Niemców przemawiało jedno: Alianci, zamiast atakować i rozbić niemiecką obronę… zaczęli się okopywać po zajęciu kilku kilometrów. Nad Kanałem Mussoliniego, stanowiącego południową flankę przyczółka amerykańscy saperzy zaczęli rozkładać miny. Tak, jak Alianci nie rozumieli,gdzie są Niemcy, tak Niemcy nie rozumieli, czemu Alianci przygotowują się do obrony. Najwyraźniej nie rozumiał tego sam generał Alexander, który tego samego dnia przybył na przyczółek i przypomniał Lucasowi o konieczności szybkiego rozpoznania. Rozesłano zmotoryzowane patrole w różnych kierunkach, które nie potwierdziły obecności Niemców. Jednak, kiedy Alexander odjechał, wszystko wróciło na dawne tory. Lucas w swoich wspomnieniach napisał „muszę najpierw mocno stanąć na nogach i nie robić żadnych głupstw pod wpływem chwili”. Słowem usprawiedliwienia, Lucasa przed wyrywaniem się do ataku ostrzegał generał Clark, mówiąc: „Nie nadstawiaj karku, Johny. Zrobiłem to pod Salerno i wpadłem w poważne kłopoty”.

bitwa pod anzio

Rozmieszczenie sił Aliantów w dniu 1 lutego 1944 roku. 

Lucas skoncentrował się a rozbudowie przyczółka i zgromadzeniu zapasów. Poganiali go jednak jego właśni podwładni: dowodzący 1. DP, gen. Penney kilkukrotnie prosił o możliwość wysłania silnego rozpoznania naprzód, za linię gór. I za każdym razem spotykał się z odmową. Atmosfera na przyczółku mało przypominała wojnę. Żołnierze się okopali, część zajęła na kwatery opuszczone zagrody, rozbito namioty i przygotowano kuchnie polowe, a żołnierze zasiedli do kart i pisania listów. Pierwszego dnia straty wyniosły 13 zabitych i 97 rannych, głównie od min.„Uśmiechnięty Albert” wieczorem w swoim sztabie skomentował to krótko, z nieodłącznym uśmiechem na ustach: „Anglicy i Amerykanie przegrali już pierwszą rundę tego starcia”.

Niemiecki kontratak

Kiedy Niemcy zbierali siły, do kontrataku przeszła Luftwaffe. Mimo poważnych uszkodzeń baz lotniczych, pierwsze niemieckie samoloty zaatakowały już pierwszego dnia. Z każdym kolejnym dniem ataki nasilały się, a Niemcy rzucili wszystko, co mieli – nawet zdobyczne włoskie lekkie bombowce. Pod Anzio ściągnięto nawet bombowce z Francji, wyposażone w najnowsze wynalazki – kierowane bomby Fritz X i Hs-293. Następne dni upłynęły pod znakiem walk powietrznych. Niemcy za wszelką cenę próbowali zatopić jak najwięcej statków, atakując wieczorem. Zatopili w ten sposób m.in. krążownik HMS „Spartan” i statek szpitalny „St. David” – na tym ostatnim zginęło 96 ludzi. Niemieckie ataki były tak uciążliwe, że alianckie okręty otrzymały rozkaz oddalania się od brzegu po zmierzchu, a lotnictwo przeprowadziło silną ofensywę bombową na niemieckie lotniska, de facto unicestwiając siły Luftwaffe w tym rejonie.


POLECAMY 

bitwa pod anzio


Tymczasem na ziemi zmieniła się pogoda i rozpadał się silny deszcz. Ziemia nasiąkła jak gąbka, gliniaste błoto oblepiało mundury, buty i pojazdy, a woda wypełniła nie tylko rowy melioracyjne, ale i okopy.
Generał Lucas jakiekolwiek działania rozpoczął 25 stycznia. Zmusiło go niejako do tego coraz większe przeludnienie niewielkiego przyczółka. Tego dnia do ataku ruszyła brytyjska 24. brygada na północy w kierunku miasteczka Aprilia. Było to jedno z tych nowych osiedli, zbudowanych przez rząd Mussoliniego, ale ze względu na strzelistą wieżę nazwano je wkrótce „Fabryką”. Naprzeciw Brytyjczykom wyszła niemiecka 29. Dywizja Grenadierów Pancernych i ruszyła do kontrataku. Pod wieczór Niemcy obsadzili domy niedaleko Aprilii, a rankiem wzmocniły ich czołgi w tym słynne „Tygrysy” i zaczęły ogniem swoich dział burzyć budynki. W nocy Niemcom udało się odbić miasteczko i wziąć 60 jeńców.

Nie lepiej było w amerykańskim sektorze – tam 3. Dywizja, mimo wsparcia pułkiem spadochronowym i ogniem artylerii okrętowej, została powstrzymana kilka kilometrów przed swoim celem – miasteczkiem Cisterna.  Niepowodzenia te niepokoiły gen. Alexandra, zwłaszcza, że Lucas nadal zwlekał z pełnym uderzeniem. Jednak czas na nie już bezpowrotnie minął – po tygodniu od lądowania Niemcy mieli pod Anzio więcej ludzi, niż Alianci. Tak bardzo obawiający się niemieckiego kontrataku Lucas sam sprawił, że stał on się rzeczywisty.

Alianci atakują

Ślamazarny dowódca VI. Korpusu wreszcie musiał zaatakować. Pierwszy większy atak zaplanowano na noc z 29 na 30 stycznia 1944 r. Amerykanie mieli zaatakować Cisternę, zaś Brytyjczycy – wyjść poza Aprilię i zająć Campoleone, skrzyżowanie na drodze Cisterna-Rzym. Niemcy w tym samym czasie przegrupowywali swoje jednostki i planowali własne uderzenie. Alianci ten jeden raz okazali się szybsi. Jednak i ich prześladował pech. Najpierw w zasadzkę dostała się grupa oficerów brytyjskiej 24. brygady, a później okazało się, że przybyłe na miejsce amerykańskie czołgi z 1. DPanc. Zapadają się w rozmiękłej ziemi, co pozbawiło atakujących wsparcia pancernego.

Komentarze

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.