Bitwa, o której nie usłyszysz w szkole. Moskale ograbili Powstańców nawet z krzyżyków!

W miejscowości Ujny leżącej nieopodal Pierzchnicy (woj. świętokrzyskie) można spotkać drzewo, które do dziś nazywane jest przez miejscowych “Dębem Powstańców”.  Legenda głosi, że w tym miejscu zostali pochowani dzielni powstańcy styczniowi odpierający atak Moskali. Fragment książki Romualda Sadowskiego “Legendy Pierzchnicy i okolic”. 

Jesień tego roku była mglista, ale ciepła. Żniwa dawno już minęły, ale chłopi, jak to na wsi, nie narzekali na brak zajęć. Krzątaninę było widać i przy chałupach, i na polach. a i po lesie chłopi się kręcili gromadząc opał na zimę. Ujny, niewielka wieś, leżąca na polanie pośród lasów, tego roku żyła o wiele intensywniej niż dotychczas. To właśnie ze względu na jej szczególne położenie co i rusz pojawiały się tu mniejsze i większe oddziały Powstańców walczących z carskim najeźdźcą.

Już w lutym, tuż po wybuchu Powstania pojawili się pierwsi chętni do walki z Moskalami. Schodzili się z różnych stron przez kilka dni. Włościanie lokowali przybyszów po chałupach, stajniach i stodołach dzieląc się z nimi skromnym pożywieniem. Któregoś dnia przybyło trzech konnych, zebrali rekrutów na placu pod dębem i wszyscy wymaszerowali z Ujen w kierunku na Korwin, a potem do Rakowa. Część konno, kilku na podwodach, a większość rekrutów poszła piechotą. Wieści chodziły, że ci dzielni ludzie podążali na Święty Krzyż, gdzie dołączyć mieli do oddziału Mariana Langiewicza.

 


 Legendy Pierzchnicy i okolic

Od tego czasu powstańcy pojawiali się w Ujnach wielokrotnie, ale na krótko. Tyle, co konie napoić, złapać chwilę oddechu i posilić się, jeżeli tylko była ku temu okazja. Mieli w Ujnach spokojną przystań. Moskale niechętnie zapuszczali się w głąb lasów i jak do tej pory raczej omijali Ujny. I tak upłynęły wiosna i lato 1863 roku. Nic nie wskazywało na to, że tegoroczną jesienią będzie mniej spokojnie. Ale po trzech tygodniach cichego września sytuacja radykalnie się zmieniła.

W samo południe na pełnym galopie wpadł do wsi od strony Pierzchnicy konny oddział żandarmerii powstańczej. Dowódcę mieszkańcy rozpoznali błyskawicznie, bywał w Ujnach już kilka razy. Zwał się Bohusz, choć czasem mówiono o nim Mazurkiewicz. Żandarmi, a było ich ze trzydziestu, tym razem nie zatrzymali się, a tylko jeden z nich krzyknął do wylegujących się przed chałupami włościan:

– Moskale idą!

Tuż za powstańcami gnała na koniach z setka rosyjskich dragonów. Widać było, że konie mniej zmęczone mięli, bo na oczach chłopów dystans między Powstańcami a pogonią moskiewską topniał szybko.

Nagle Buhusz dał znak swoim podwładnym świstawką i wykonali zwrot w lewo i spinając jeszcze mocniej konie skierowali się w stronę lasu, chcąc najwyraźniej tam szukać schronienia przed nawałnicą wroga. Jeszcze zanim Powstańcy dopadli do lasu rozległy się strzały dragonów. Huk był ogromny. Jakby ziemia pękła na pół. Ptactwo, dotąd ospale siedzące na pobliskich drzewach, zerwało się jak na komendę i poszybowało, chcąc jak najszybciej oddalić się od źródła hałasu.

Chłopi spoglądali w stronę uciekających Powstańców. Widzieli jak czterech z nich spadło z koni, niemal w tym samym momencie, kiedy zagrzmiały wystrzały Moskali. Reszta oddziału wpadła do lasu chroniąc swoje plecy za ogromnymi pniami drzew. Zaraz za nimi do lasu wjechali goniący ich dragoni.

W tym samym momencie od strony Pierzchnicy do Ujen wkroczyła moskiewska piechota, prowadzona przez jadącego na koniu rosyjskiego majora. Oficer bez słowa minął przestraszonych chłopów, a kiedy wojsko wyszło poza chałupy rozstawił piechotę w tyralierę i ta zaczęła miarowo maszerować w stronę lasu, gdzie przed chwilą zniknęli i Powstańcy i dragoni. Z lasu, z oddali stale słychać było odgłosy pojedynczych strzałów.

Kiedy tyraliera zbliżyła się do skraju lasu, kilku piechurów zbliżyło się do Powstańców, którzy dosłownie przed kilkoma minutami pospadali z koni po dragońskiej salwie. Na oczach chłopów rozegrała się okrutna scena, w której moskiewscy żołdacy bagnetami zakłuli leżących na ziemi żołnierzy. Nie było widać z tej odległości czy jeszcze żywi byli, gdy podeszli do nich Moskale, ale tuż po ich bestialskim zachowaniu można było dostrzec, że przeszukali ubrania zakłutych żandarmów. Po chwili, jak gdyby nigdy nic wrócili biegiem do tyraliery i całą ławą wmaszerowali do lasu.

Kiedy odgłosy walki zaczęły przycichać, wyraźnie odsuwając się od wioski, chłopi wylegli na łąki i chyłkiem ruszyli w stronę poległych. Kiedy już byli przy ciałach zabitych, jeden z nich zakomenderował:

– Antek! Leć do chałupy, zaprzęgoj wóz i wdyrdy tu dawaj! – klepnął w ramię najwyżej dwunastoletniego chłopaka.

– Trza będzie ich pochować! – dorzucił, zwracając się do pozostałych.

Zanim chłopak przyprowadził furmankę, z lasu wyjechał na koniu dworski leśniczy, Krupski. Podjechał do chłopów i zapytał:

– Co tu się stało?

Chłopi, przekrzykując jeden drugiego, opowiedzieli o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu minut. Najgłośniej biadowali nad losem Powstańców, nad kłuciem bagnetami, nad bestialstwem moskiewskiego żołdactwa. Wiedzieli dobrze, że dwór w Szczecnie, do którego majątku należały i Ujny, sprzyjał Powstańcom i nie trzeba było się krygować.

Kiedy Antek dojechał na furmance do pierwszego poległego leśniczy siadł z konia i osobiście sprawdził, czy Powstaniec nie oddycha. W ten sam sposób przekonał się o śmierci pozostałych Polaków. Sprawdził czy nie mają żadnych papierów, ani innych znaków, po których można by było ich zidentyfikować. Nie znalazł niczego. Nawet krzyżyków na szyjach nie mieli, co oznaczało, że nawet z tego ograbili ich Moskale. Chłopi złożyli ciała na furmance i zwróceni ku leśniczemu w milczeniu czekali dalszych poruczeń.

– Na prawo od Murawina, jak droga prowadzi na Korwin dąb rozłożysty rośnie. Wiecie gdzie to? – spojrzał pytająco na chłopów.

– Ano wimy! – odpowiedział jeden.

– Pod tym dębem ich pochowacie, jeno baczcie, żeby pamięć po tych dzielnych ludziach ostała. Bo może się kiedy kto upomni o nich …

– Dyć my ich nie znomy!

– I ja ich nie znam. Żadnych papierów nie mają. Ale o naszą Polskę walczyli, więc zapomnieć o nich nie wolno. Opowiadajcie dziatkom, że w boru pod dębem czterech dzielnych Polaków pochowano, co krew za miłą Ojczyznę przelali.

I po dziś dzień dąb ten zwany jest przez miejscowych “Dębem Powstańców”. Z oddziału Bohusza zginęło tego dnia jeszcze pięciu dzielnych żandarmów, lecz gdzie ich ciała są pochowane – nie wiadomo.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Komentarze

ROMUALD SADOWSKI

Romuald Sadowski, urodzony w 1968 roku w Kielcach. Ukończył studia doktoranckie w Instytucie Organizacji i Zarządzania w Przemyśle "Orgmasz" w Warszawie. Miłośnik gór, pasjonat historii i społecznik. Muzyk, malarz i fotografik - samouk. Mieszka w Ujnach k/Pierzchnicy. Żonaty z Dorotą z d. Mochocką, ma dwoje dzieci: syna Jakuba i córkę Marię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.