Alianci ukrywali ten incydent przez 30 lat. Setki żołnierzy zginęły podczas… ćwiczeń

O 2:28 wymanewrowano torpedę, zaś chwilę później niemiecki ścigacz wyminął okręt po lewej burcie. Na prawej burcie, od strony rufy, dostrzeżono ślad torpedy. Natychmiast otwarto do niej ogień z działek i wydawało się, że pocisk minie okręt o włos. Tak się jednak nie stało i torpeda uderzyła w rufę LST 289 tuż nad linią zanurzenia. Eksplozja targnęła okrętem. Miejsce trafienia zamieniło się w kupę powyginanego, dymiącego metalu, utracono również przekładnię steru, jednak okręt zachował napęd.

Tymczasem LST 496 został ostrzelany z działek przez ścigacz, więc jakiś żołnierz wskoczył na ciężarówkę i zaczął siać po morzu seriami z zamontowanego na niej karabinu maszynowego. Chwilę później dołączyły do niego pozostałe kaemy i działka okrętowe. W pewnym momencie ktoś zauważył, że cel jest zbyt duży na niemiecki ścigacz i przerwano ogień. Okazało się, że ostrzeliwaną jednostką był LST 511, na którym szczęśliwie nie doszło do poważniejszych uszkodzeń. Mimo to zranionych zostało 18 ludzi.

W tym czasie wszystkie okręty porzuciły szyk i uciekały pełną prędkością do Portland. O 2:37 na LST 58 wykryto ostatni ślad torpedy, zaś pół godziny później odnotowano ostatni meldunek o ujrzeniu ścigacza. Na miejscu pozostał tylko płonący LST 507, którego kadłub w końcu złamał się jak zapałka, oraz kilka tratw (z m.in. bredzącym w szoku Swartsem) oraz pojedynczy pływacy. Z okrętu spuszczono ocalałe łodzie, których natychmiast uczepili się rozbitkowie. Należało ich odganiać, bo inaczej szalupa zatonęłaby pod wpływem obciążenia. Na jedną z nich weszło około 60 ludzi, a więc blisko dwa razy więcej, niż przewidywały regulaminy. Na zawracającym LST 515 doszło do kłótni między Skahillem, a Doylem – pierwszy chciał płynąć do portu, drugi – zawrócić i ratować rozbitków.

Rozbitkowie

W tym czasie na miejsce dotarł mocno spóźniony „Saladin”, przedzierając się przez pas wody, usłany ciałami żołnierzy. Niszczyciel podpłynął do LST 507 i zabrał z dziobu ok. 50 rozbitków, po czym dobił wrak ogniem artylerii okrętowej. Zebrano również pojedynczych pływaków oraz rozbitków z tratw i szalup. LST 515 również dopłynął na miejsce i spuścił kilka amfibii. Wielu rozbitków nie wytrzymało kilku godzin w lodowatej wodzie i zmarło z wyziębienia, niektórzy umierali podczas prób wciągnięcia ich na pokład, m.in. całkowicie oszalały por. Swarts, który zmarł w obecności Skahilla, wywołując w nim szok.

Na LST 515 znalazło się ostatecznie 118 mogących chodzić rozbitków, 14 na noszach i 45 ciał. Żołnierze i marynarze byli w paskudnych humorach, pomstując na „cholernych Angoli” i wyższych oficerów. Od razu zakazano wszystkim mówić komukolwiek o zdarzeniu, grożąc surowymi karami. Do 8:00 wyłowiono jeszcze dziesięciu ludzi, m.in. chor. Douglasa Harlandera, najstarszego stopniem ocalałego z LST 531, który jako jedyny przeżył z kilkunastu osób na swojej tratwie, później znajdowano już tylko ciała. Uszkodzony LST 289, mając na pokładzie 13 zabitych, został dowleczony za pomocą holowników do Darthmouth, gdzie wymuszono na wszystkich rannych milczenie ws. katastrofy i odizolowano od świata.


POLECAMY: 

operacja tiger


Pozostałe okręty skierowały się w stronę Slapton Sands, po uprzednim przetransportowaniu rannych, a następnie wyładowały się w Falmouth. Niemieckie ścigacze powróciły do portu bez przeszkód, meldując o zatopieniu czterech „tankowców” nieprzyjaciela. Niemcy nie zdali sobie sprawy, że atakowane jednostki nie były tankowcami, a okrętami desantowymi, nie próbowali również podejmować rozbitków, przez co stracili niepowtarzalną okazję do odkrycia alianckich planów inwazyjnych.

Krwawy bilans

Dopiero po szóstej rano Skahill zameldował kontradm. Moonowi o zatopieniu dwóch jednostek. Moon, nie wiedząc zbyt dużo, popłynął do Plymouth po południu 29 kwietnia, gdzie zastał wściekłego szefa sztabu, adm. Alana G. Kirka, dowódcy sił US Navy, biorących udział w ćwiczeniach. Kirk odbył rozmowy z dowódcami „Scimitara” i „Azalei” oraz wspomnianym Harlanderem i przeżył szok, dowiedziawszy się, że nie było łączności, między LST 515, a „Azaleą”.

Nie wiadomo do dziś, czy wadą obarczona była amerykańska radiostacja, czy też Amerykanów nie powiadomiono o zmianie częstotliwości nadawania. Porucznik Geddes przyznał również, że nie oświetlił okolicy, nie otworzył ognia, ani nawet nie przystąpił do akcji ratowniczej, uznając, że powinien pilnować pozostałych okrętów i wzywać pomocy. Mimo niejasności, kto miał dowodzić konwojem – on, czy Skahill, porucznik nawet nie próbował oskarżać tego drugiego – zadrażnianie stosunków z Amerykanami nie leżało w interesie Brytyjczyków.

29 kwietnia ustalono, że ocalało 316 ludzi, straty wstępnie oszacowano na 300-400 poległych, co było mocno niedoszacowaną liczbą. Zbliżający się termin inwazji oraz konieczność zachowania tajemnicy wojskowej sprawiły, że sprawa rozeszła się po kościach. Przerażony wizją sądu wojennego Geddes do końca wojny był dowódcą „Azalei”, nie usłyszawszy nawet reprymendy, a dotycząca go krytyka pozostała wyłącznie na papierze. Jednak, podobnie jak Skahilla, dręczyły go wyrzuty sumienia, obaj odeszli z marynarki krótko po zakończeniu wojny. Także Moon nie poniósł konsekwencji, rozgrzeszony przez Kirka, dowodził desantem 6 czerwca na plaży „Utah”. Lądowanie wypadło bardzo pomyślnie, a Moona skierowano do Neapolu, skąd miał wziąć udział w lądowaniu na południu Francji 15 sierpnia.

Zanim do tego doszło, znerwicowany, dręczony wyrzutami sumienia Moon popełnił 5 sierpnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę z pistoletu. Tragiczny bilans zamknął się na oficjalnej liczbie 551 poległych żołnierzy i 198 marynarzy, dając sumę 749 zabitych. Było to blisko pięć razy więcej, niż wyniosły straty na plaży „Utah” w trakcie właściwego desantu. 

Utajnienie incydentu

Jednak listę strat oparto tylko o raport Moona, w którym nie uwzględniono, że mający wziąć udział w ćwiczeniach LST 508 nie wypłynął z portu. ego desant został najpewniej przerzucony na pozostałe okręty, w tym na LST 507, co znacznie zwiększyłoby liczbę strat.

Na Cmentarzu Wojskowym Arlington wmurowano w latach 90. tablicę, poświęconą 639 poległym podczas ćwiczeń „Tiger” – to o ponad sto mniej ofiar, niż podają źródła brytyjskie. Wspomniany Dale Rodman szacuje, że poległych było znacznie więcej, niż podają oficjalne źródła, według niego bilans zamknął się na 1405 zabitych i zaginionych. Ken Small w swojej książce z 1988 roku podawał liczbę 946 poległych. Dodatkowo, na plaży Slapton Sands doszło do przypadkowego ostrzelania lądujących oddziałów przez artylerię okrętową, oficjalne źródła zaprzeczają, by poniesiono jakiekolwiek straty, uczestnicy zaś wspominają o ok. 200 zabitych. Doszło do tego, ponieważ Moon, dowiedziawszy się o opóźnieniu konwoju, zdecydował się przesunąć ostrzał o godzinę. Nikt nie poinformował przy tym oddziałów na plażach.


POLECAMY 

operacja tiger


Z tragedii wyciągnięto odpowiednie wnioski, ujednolicono częstotliwość nadawania, ulepszono pasy ratunkowe, zaś na wypadek zatopienia okrętów zapewniono odpowiednią liczbę statków ratowniczych. Spośród jednostek konwoju T4 do końca wojny zatonęły jeszcze dwie: LST 499 zatonął na minach u wybrzeży Normandii 8 czerwca, zaś trzy dni później jego los podzielił LST 496, ugodzony celną torpedą Schnellboota z 9. flotylli. Dowodzący po stronie niemieckiej ppor. Bernd Klug został za swoją akcję wyróżniony w rozkazie dziennym Wehrmachtu z 28 kwietnia 1944 roku. Większość niemieckich Schnellbootów została zatopiona w trakcie nalotu RAF na Cherbourg 14 czerwca, który niemal doszczętnie zniszczył obie flotylle.

Sprawę Lyme Bay utajniono na trzydzieści lat. Ocalałych oddzielono od świata na blisko miesiąc i zakazano ujawniać przebieg zdarzeń, szpitale, do których trafili ranni, zostały odgrodzone przez żandarmerię. Poległych wliczono w listy zabitych podczas D-Day i ujawniono dopiero w sierpniu, zaś pierwsze publikacje na ten temat zaczęły pojawiać się dopiero w latach 70.


ODWIEDŹ STRONĘ AUTORA:

[Głosów:27    Średnia:2.6/5]
Komentarze

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.