Alianci ukrywali ten incydent przez 30 lat. Setki żołnierzy zginęły podczas… ćwiczeń

Alianci zamierzali dopracować lądowanie w Normandii w najdrobniejszych szczegółach. W ramach przygotowań przeprowadzono serię ćwiczeń o kryptonimie “Tiger”. Coś poszło jednak nie tak…


Był słoneczny dzień 28 kwietnia 1944 roku. Dorothy Seekings z wioski Stoke Fleming w hrabstwie Devon w Anglii jak zwykle dowoziła chleb z piekarni swojego ojca dla stacjonujących niedaleko żołnierzy amerykańskich. Poprosiła jednego z żołnierzy o podwózkę, ale nagle coś przykuło jej uwagę:

„Zatrzymaliśmy się i wówczas zauważyłam, że to inni żołnierze wyjmują z samochodu ciała. Były blade, ale nie miały żadnych ran, śladów krwi. Zdawało się, że śpią. Mundury wyglądały, jakby wyjęto ich z morza. Zapytałam, skąd ich przywieziono. Żołnierze odpowiedzieli, że z plaży, z próbnego desantu. Widziałam ludzi kopiących dół, a także innych, którzy palili zwłoki.” 

Panna Seekings nie zdawała sobie sprawy, że była świadkiem efektów tragedii, która kosztowała życie około tysiąca amerykańskich żołnierzy, a którą to utajniono na trzy dekady.

Przygotowania

W listopadzie 1943 roku mieszkańcy części hrabstwa Devon, położonej nad zatoką Lyme, między miastami Darthmouth i Kinsbridge zostali poinformowani o tymczasowym zarekwirowaniu ich ziemi przez rząd brytyjski, co oznaczało konieczność wyprowadzki około 3 tysięcy ludzi, co zakończyło się krótko przed Bożym Narodzeniem. Jednocześnie, na miejsce zaczęły ściągać ciężarówki i jeepy, wyładowane amerykańskimi żołnierzami.

Zaczęto stawiać namioty i baraki mieszkalne, a teren odgrodzono. Tajemnicą poliszynela było, że powstanie tam poligon doświadczalny US Army. Jednak znacznie mniej znanym faktem było to, że leżąca w pobliżu żwirowa plaża Slapton Sands posłuży za „scenę” do przeprowadzenia próbnych lądowań, przygotowujących Amerykanów do planowanej inwazji w Normandii. W południowo-zachodniej Anglii nie było lepszego miejsca do ćwiczeń tego rodzaju,. Ponadto teren był poprzedzielany żywopłotami i niskimi murkami, tak przypominającymi te z Normandii. Amerykanie kilkukrotnie przeprowadzali tego rodzaju ćwiczenia – w ostatnich dniach marca 1944 roku przeprowadzono Force „O” (nazwane tak od plaży „Omaha”). Później zaś ćwiczenia „Beaver”, odwzorowujące lądowanie na plaży „Utah”. Nie były one zbyt udane, więc zdecydowano o przeprowadzeniu następnych ćwiczeń, oznaczonych kryptonimem „Tiger” w dniach 22-29 kwietnia 1944 roku.

operacja tiger

Strzałka pokazująca zatokę Lyme na mapie Wielkiej Brytanii. Fot. wikiDon [CC BY-SA 3.0]. Wikimedia Commons

Plan ćwiczeń miał być bardzo rozbudowany, zaplanowano bowiem, że plaża będzie „broniona” przez Amerykanów, przebranych w niemieckie mundury, przewidziano również „branie” jeńców i ich przesłuchiwanie, ewakuację „rannych”, a nawet ewidencjonowanie i grzebanie poległych. Pierwsze trzy dni ćwiczeń upłynęły na kompletowaniu sprzętu, jednostek i okrętów, liczba jednostek pływających wyniosła 337, zaś osłona „sił inwazyjnych” spoczęła na barkach Royal Navy.

Wypłynięcie konwoju

26 kwietnia sformowano w Plymouth i Brixham konwój T4, złożony z ośmiu dużych okrętów desantowych LST – w Brixham stacjonowało ich trzy (LST 289, 499 i 507), w Plymouth pięć (LST 58, 496, 511, 515 i 531). Okręty typu LST były dużymi okrętami desantowymi, liczącymi 100 metrów długości, 15 metrów szerokości i zanurzeniu z pełnym ładunkiem 4 metrów. Okręty miały pełną wyporność 3700 ton i mogły zabrać na pokład 13 czołgów średnich typu Sherman, bądź 27 ciężarówek i 163 żołnierzy. Uzbrojone były w jedno działo morskie kal. 76 mm, osiem działek przeciwlotniczych kal. 40 i dwanaście kal. 20 mm.

Okręty rozwijały też dość niewielką prędkość 10-12 węzłów. Załogę stanowiło około 100-110 oficerów i marynarzy. Na okręty załadowały się jednostki doświadczonej 1. Specjalnej Brygady Saperskiej, mającej za sobą desanty w Afryce, na Sycylii i we Włoszech: na LST 507 478. kompania amfibii, 557. kompania kwatermistrzowska, 3891. kompania samochodowa, 1. pluton 440. kompanii saperów i grupa żołnierzy z 33. kompanii chemicznej; na LST 289 około 400 żołnierzy z 1048. kompanii usuwania przeszkód wodnych, pododdziały 556. kompanii kwatermistrzowskiej, 478. kompanii amfibii i 4. batalionu medycznego. Na LST 531 zaś – 462. kompania amfibii i 3206. kompania samochodowa. Ponadto na okrętach załadowano po 15 ciężarówek o różnej ładowności i po 22 sześciokołowe amfibie DUKW. Okręty zostały zatankowane do pełna, a dodatkowo załadowano na nie kanistry z materiałami pędnymi.

Wszystkim żołnierzom, załadowanym na pokładach wydano gumowe pasy ratunkowe, napełniające się w razie potrzeby po otwarciu dwóch nabojów wypełnionych CO2. Mimo to, na żadnym okręcie, poza LST 515 i 511 nie przećwiczono alarmowego opuszczania okrętu ani zachowania w wypadku zatonięcia. Żołnierze woleli opalać się, grać w karty i pogawędzić. Konwój miał być eskortowany przez dwa okręty: niszczyciel HMS „Scimitar” i korweta HMS „Azalea”. Pierwszy z okrętów był raczej niemłody, zwodowano go bowiem w 1918 roku, korweta była zaś dużo młodsza, zbudowano ją bowiem w 1941 roku, jednak posiadała znacznie słabsze uzbrojenie, mając zaledwie jedno działo kal. 102 mm i dwa karabiny maszynowe kal. 7,7 mm, rozwijała też mniejszą prędkość od „Scimitara”. Oba okręty miały za sobą służbę w eskortowaniu konwojów na Atlantyku.

Początek kłopotów

Na czele formacji miała płynąć „Azalea”, zaś silniej uzbrojony „Scimitar” miał osłaniać konwój od strony brzegów francuskich. Niestety, tuż przed wyjściem w morze, „Scimitar” został uderzony przez manewrującą w porcie amerykańską barkę desantową, co spowodowało rozdarcie poszycia w kadłubie. Dziura została zatkana od wewnątrz, ale dowódca niszczyciela, por. Archer-Shee, po zameldowaniu o uszkodzeniu otrzymał rozkaz o natychmiastowym powrocie do portu. Mimo zdziwienia, porucznik rozkaz wykonał, po potwierdzeniu, sądząc, że sztab dowódcy Force „U”, kontradm. Dona P. Moona wie o tym i zajmie się zastępstwem za niszczyciel. Nie poinformowano również dowódcy konwoju, kmdr Bernarda J. Skahilla, płynącego na LST 515.

operacja Tiger

     Don P. Moon. Fot. Wikimedia Commons (domena publiczna). 

Piątka okrętów wypłynęła z Plymouth o 9:45 27 kwietnia, trzy dalsze dołączyły z Brixham o godz. 20:30. Okręty ustawiły się w szyku torowym w kolejności: LST 515, 496, 511, 531, 58, 499, 289 i 507. Na czele, milę przed pozostałymi okrętami płynęła HMS „Azalea”, odstęp między LST wynosił ok. 550 metrów. Konwój, o długości ok. 3 mil płynął na północny wschód z prędkością 6 węzłów, w stronę zatoki Lyme. Pogoda była idealna, morze było spokojne, wiał lekki wiatr, widoczność, mimo dużego zachmurzenia była dobra.

Jednak nad konwojem zaczęły gromadzić się przysłowiowe czarne chmury. Po południu 27 kwietnia samolot rozpoznawczy Luftwaffe zameldował o wykryciu konwoju, złożonego z siedmiu jednostek, wolno płynących na wschód od przylądka Start, stanowiącego lewy kraniec zatoki Lyme. Natychmiast postawiono w stan gotowości bojowej stacjonujące w odległym o 90 km Cherbourgu 5. i 9. flotylle ścigaczy torpedowych. W morze wyszło dziewięć ścigaczy: sześć z 5. i trzy z 9. flotylli. Ścigacze, należące do najpopularniejszego typu S-100, były uzbrojone w dwie wyrzutnie torpedowe kal. 533 mm z zapasem 4 torped, ponadto posiadały po jednym działku kal. 20 i 37 mm. Alianci nazywali je „E-Boats” od Enemy Boat, zaś Niemcy – Schnellboot. Miały długość 32 metrów i rozwijały prędkość 44 węzłów, będąc groźnymi przeciwnikami alianckiej żeglugi na Kanale La Manche i Morzu Śródziemnym.

Otwarcie ognia

Niemieckie okręty uniknęły wykrycia przez patrolujące teren jednostki alianckie, zaś dowódca formacji, ppor. Bernd Klug otrzymał informacje o kursie alianckich jednostek. Niemcy podzielili się na trzy pary i jedną trójkę. Niemiecka obecność nie pozostała jednak niezauważona, po północy nabrzeżna stacja radiolokacyjna wykryła zbliżające się ścigacze, zaś chwilę później patrolujący morze na wysokości Portland niszczyciel HMS „Onslow” dojrzał sylwetkę pędzącego na północ ścigacza, a na radiolokatorze wykryto trzy echa. Dopiero po meldunku z niszczyciela odkryto, że ścigacze płyną na spotkanie konwoju, a jedyną jego eskortę stanowi „Azalea”.

Mimo iż oficer sztabowy z własnej inicjatywy wysłał w zastępstwie „Scimitara” niszczyciel „Saladin”, ten wyszedł z portu dopiero przed 2:00, mając do przebycia 30 mil morskich. Tymczasem na LST 515 spał dowódca konwoju, kmdr Skahill, wachtę trzymał dowódca okrętu, por. Doyle, również por. Geddes, dowódca HMS „Azalea”, ledwo trzymał się na nogach. Mimo, iż Geddes wiedział o zagrożeniu atakiem, nie zrobił niczego, by mu zapobiec: nie zmieniono ani kursu, ani szyku, ani prędkości. Około 1:30 za rufą LST 507 pojawiły się serie pocisków smugowych, wobec czego, jego dowódca, por. Swarts ogłosił alarm bojowy, pozostałe jednostki zrobiły to samo.

Jednak przez dłuższą chwilę nic się nie działo i Doyle odwołał alarm o 1:53. Jedynie na LST 507 go nie odwołano, bo Swarts widział na ekranie stacji radiolokacyjnej sylwetki zbliżających się okrętów, na które naprowadzono działka. Mimo to, porucznik, obawiając się, iż mogą to być własne jednostki, nie wydał rozkazu otwarcia ognia, co zemściło się chwilę później.

Uderzenie Schnellbootów

O 2:03 na LST 499 zauważono ślad torpedy, więc okręt przyspieszył i wykonał zwrot, co pozwoliło na uniknięcie trafienia, jednak pozostałe okręty nie zauważyły działań poprzednika. Podwodny pocisk pomknął w stronę LST 507, uderzając w prawą burtę na wysokości silnika pomocniczego. Trafiony okręt natychmiast utracił prędkość, zasilanie i łączność oraz zyskał przechył na prawą burtę. Na górnym pokładzie, wśród pojazdów wybuchł pożar, zaś okręt spowiła całkowita ciemność. Pompy nie działały, więc ogień rozprzestrzeniał się szybko i dosięgnął zgromadzonych kanistrów z paliwem, które zaczęły wkrótce eksplodować. Wśród żołnierzy wybuchła panika, tratowali się wzajemnie.


CZYTAJ TAKŻE:


Szansę na wydostanie się mieli tylko ci, którzy uciekli z dolnego pokładu. Oficer medyczny, por. Eugene Eckstam jako ostatni zajrzał na pokład ratunkowy. To, co tam zobaczył, określił mianem pieca, z którego dochodziły krzyki palonych żywcem ludzi. Będący na pokładzie Dale Rodman wspominał z kolei, że jego najgorszym życiowym doświadczeniem, było unoszenie się na tratwie wśród pływających ciał. Wstrząs od uderzeń torped uszkodził żurawiki do spuszczania szalup ratunkowych, wobec czego pozostały tylko tratwy.

Okazało się jednak, że spora ich część była „przyklejona” do nadbudówek przez rdzę lub farbę i nie dało się ich oderwać. Żołnierze zaczęli skakać do zimnej wody o temp. 8 stopni Celsjusza, licząc na swoje kamizelki i pasy ratunkowe. Dopiero wówczas rozbudził się kmdr Skahill, nieprzytomnie zastanawiając się, czy storpedowany okręt w ogóle należy do konwoju, czy to kolejna „atrakcja” ćwiczeń. Kiedy o 2:17 przy burcie prowadzącego ogień do niewidocznego celu LST 531 wyrósł słup wody i nastąpiła eksplozja, nie było już wątpliwości, że konwój jest atakowany. LST 531 chwilę później dostał kolejną torpedą i przechylił się silnie na prawą burtę, po czym nastąpiła eksplozja paliw na dziobie.

Ostrzał

Płonący jak pochodnia okręt obrócił się do góry dnem i zatonął. Część jego dziobu wystawała ponad wodę, dając schronienie kilku rozbitkom. W tym samym momencie, LST 515 wykonał zwrot przez prawą burtę, co ocaliło go przed uderzeniem torpedy. W mroku nocy nie było widać napastników, ścigacze manewrowały wolniej, by nie zdradziły ich odkosy dziobowe, słychać za to było ich ryczące silniki Daimlera-Benza. Schnellbooty atakowały parami, raz po raz rzucając torpedy. Na LST 58 w końcu dopatrzono jednego i otwarto niecelny ogień z działek przeciwlotniczych. Z kolei LST 289 zwyczajnie porzucił formację, uciekając pełną prędkością w stronę Portland.

Komentarze

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.